Realizacje - Namibia & Botswana & Victoria Falls 2014

Namibia & Botswana & Victoria Falls (Zimbabwe) 2014

 

Poniżej tekstu umieszczono pełną galerię ze zdjęciami

 

 

Opis - dzieło jednego z uczestników wyjazdu – Krzysiek

 

Zdjęcia autorstwa uczestników (Ela, Monika, Krzysiek, Przemek, Andrzej)  wyjazdu jak i organizatora (Kajman)

 

Samochody - Toyota Hillux, z zabudową. W pełni wyposażone - w namioty dachowe, butla z gazem, sprzęt i naczynia biwakowe, stoliki, krzesła, śpiwory, pościel, poduszki, nawigację itd 

 

05.09.2014 - piątek

STRAJK!!!
Tym razem nie polskich górników, tylko niemieckich pilotów. Jedynie 5 godzin – 15:00-20:00, ale za to dość dokładnie pokryło się to z naszym biletem do Frankfurtu. Dzięki temu wylatujemy 4 godziny później, a na miejscu będziemy po południu zamiast wczesnym rankiem. Dodatkowy zysk to 4,5 godziny w Johannesburgu – może uda nam się coś zobaczyć?...

Tak się zaczęła nasza kolejna „Wielka Wyprawa“ – tym razem do Namibii i Botswany, jak dobrze pójdzie to z małymi przystankami w Angoli, Zambii i Zimbabwe (z bonusem wyżej wymienionym, czyli RPA). Cały skład to dwanaście osób, ale poza naszym liderem – Kajmanem – pozostała czwórka jest nam nieznana, więc na razie jeszcze trzymamy się w siódemkę – Marta, Majka, Monika i Elżbieta, Przemek, Andrzej i ja. Jak widać, sponsorem wyprawy jest literka „M“... J

Po całodniowym oczekiwaniu siedzimy wreszcie w szóstkę (Andrzej wybrał inne połączenie) w samolocie i jeden Pan Bóg wie, co się nam jeszcze przydarzy. Ale my to lubimy...

 

06.09.2014 - sobota


O 8:20 wylądowaliśmy w Johannesburgu. Wyspani i zrelaksowani. Na lotnisku rozdzieliliśmy się. Dziewczyny zostały, aby dopilnować naszych wolnocłowych zakupów, a my z Przemkiem ruszyliśmy na podbój RPA. W ciągu 2 godzin udało nam się zobaczyć całe miasto. 45 minut jechaliśmy taksówką do Carlton Center, po wyjechaniu na 50 piętro „Top of Africa“ przez pół godziny oglądaliśmy po kolei wszystkie strony świata, a potem 45 minut wracaliśmy taksówką na lotnisko. I już...
Sam Johannesburg nas nie zachwycił. Ogromne, szare, zatłoczone miasto. Jedynie stadion z mistrzostw świata w piłce nożnej z 2010 r. z tej szarości się trochę wyróżniał, ale raczej przez architekturę, nowoczesną, bardzo odmienną od otoczenia, niż przez barwy.

07.09.2014 – niedziela


Wczoraj dotarliśmy szczęśliwie do Windhoek, na tyle wcześnie, że zdążyliśmy jeszcze odebrać bez problemu nasze Toyoty Hilux. Cudne, prawdziwe samochody wyprawowe. Nowe, z niewielkim przebiegiem, naprawdę w świetnym stanie i z bardzo dobrym wyposażeniem. Nasz ma zamontowane 2 namioty dachowe, a w części ładunkowej – wszystko, co potrzebne do przeżycia w Afryce. Stoły, krzesła, butle gazowe, kuchenki, naczynia, pościel... itd. itp. Na dodatek 2 koła zapasowe.
Wypożyczającym jest Polak, przemiły Jurek z Walvis Bay, który po pierwsze poinformował nas o podstawowych zasadach obsługi samochodów terenowych, a po drugie uprzejmie nam doniósł, że właśnie oto rozpoczęliśmy podróż naszego życia. Zobaczymy...
A dzisiaj – kierunek Sesriem!

 

08.09.2014 – poniedziałek


Wróciliśmy z dalekiej podróży... Dzisiaj udało mi się pod Dune 45 jednym zręcznym ruchem zostawić torbę z obiektywem, paszportem i całą naszą kasą (+ 3 karty kredytowe w pakiecie). Kiedy wróciliśmy na miejsce po prawie godzinie, pewien młody Holender wraz z żoną i małą córeczką przymierzali się właśnie do umieszczenia kartki: „Dear owner of black bag...“ itd. Wydźwięk był taki, że nie uważają tego miejsca za najlepsze dla takiej torby, dlatego zabierają ją ze sobą i proszą o kontakt pod nr... w ośrodku.... Mieliśmy wielkie szczęście, że trafiliśmy na uczciwych znalazców i dalej bez przeszkód możemy sobie tutaj szaleć.
Ale po kolei...
Wczoraj obejrzeliśmy Sesriem Canyon, kręty, wyżłobiony w niesamowite formy przez wodę na głębokość kilkunastu metrów. Wspaniała sceneria dla ciekawych zdjęć, zwłaszcza po południu, gdy słońce jest już niżej, ocieplając wizerunek tego miejsca i kładąc fantastyczne cienie.

A potem – inauguracja naszego dachowego życia. Pierwszy raz pod namiotem, ale na samochodzie...

Dzisiaj natomiast zerwaliśmy się jeszcze po ciemku, by punktualnie o 6:15 wyjechać z obozu w stronę słynnych wydm. Większość uważa za punkt honoru powitać wschód słońca na Dune 45, ale dopiero o świcie można wjechać do parku, więc i tak trudno jest zdążyć, żeby w licznej grupie truchtem tam wbiec. Tymczasem w Dead Vlei jest jeszcze o tej porze bardzo przyjemnie, bez upału, a brak turystów znakomicie wzmacnia przeżycia.W pierwszej kolejności odwiedziliśmy więc „martwe bagno“ czyli Dead Vlei, a dopiero później majestatyczną Dune 45, czyli jedną z największych wydm na świecie (a na pewno jedną z najpiękniejszych!).
Wyschnięte dna dolin pokrytych białą, lekko błyszczącą warstwą minerałów, od czasu do czasu rosochate kikuty drzew lub niewielkie kępy krzewów, abstrakcyjnie zielonych w tej pustynnej scenerii. A wokół morze pomarańczowego piasku... Niesamowite!
Po wejściu na szczyt diuny 45 i krótkim postoju wyruszyliśmy na północ.

Późnym popołudniem dotarliśmy do sympatycznego hotelu w Walvis Bay. Klimat angielski – ok. 15 st.C i leciutka mżawka. Mimo wszystko, zdążyliśmy jeszcze na spacer i opłaciło się. Wzdłuż plaży brodziły liczne stada flamingów, które łatwo się stały naszym fotograficznym łupem.
Jutro ruszamy dalej – tym razem 3 dni w dachowych namiotach...

 

09.09.2014 – wtorek

Dzisiaj pierwszy z trzech obozowych etapów – z Walvis Bay przez Swakopmund do Spitzkoppe. Walvis Bay – ostatnie miasto przyłączone do Namibii – ten protektorat RPA stał się jej częścią w 1994r.
Swakopmund – niemal nie do odróżnienia od przeciętnego niemieckiego miasteczka z początków XXw., architektura, szyldy w gotyku, czystość na ulicach. Przy plaży stylowa latarnia morska. Jedyna różnica, to targ lokalnego rzemiosła – jeszcze nigdy nie spotkaliśmy tylu „autentycznych“ twórców identycznych naszyjników i bransoletek na tak małej powierzchni. Negocjacje handlowe zakończyły się sukcesem – każda transakcja kończyła się na poziomie 35-40% ceny wyjściowej.
Ale to jeszcze nie były właściwe zakupy. Czekamy na bardziej bezpośredni kontakt ze sztuką...
Droga do Spitzkoppe to gwałtowna zmiana klimatu – z dżdżystego i chłodnego poranka w Walvis Bay do prawdziwego oddechu Afryki u podnóża gór wyrastających z niczego na równinie pustyni namibijskiej. No, może tuż za nią.
Pięknie ulokowany camping otoczony zewsząd monolitycznymi, wygładzonymi przez erozję skałami w pomarańczowo-czerwonych barwach.
„New management“ informuje o upgradzie wszystkich instalacji i prosi o wyrozumiałość i komentarze. W ramach tego „upgrade’u“ otrzymujemy „ganz nowego, lekko przechodzonego, nie śmiganego“ grilla...
Grillowane mięsko, wino, oczekiwanie na gwiazdy – jest pięknie...

 

10.09.2014 – środa


Gwiazd było mało, bo księżyc w pełni przyćmił większość z nich. A my, po krótkim namyśle, postanowiliśmy odpuścić Białej Damie (petroglify w górach masywu Brandberg) i pognaliśmy na zachód, w stronę Wybrzeża Szkieletów.
Tak jak we wszystkich opowieściach - przywitało nas chmurami i wiatrem. Obowiązkowy punkt programu to oczywiście oglądanie miejscowych wraków. Ten dyżurny, który czekał na naszej drodze nieopodal Henties Bay, to jakiś rybacki trawler sprzed kilkudziesięciu lat. Cóż, na mapach można tych rozbitych okrętów znaleźć setki, ale w praktyce nawet okręty wyrzucone na brzeg po pewnym czasie są pochłaniane przez piach, albo rozlatują się pod naporem fal.
Później udaliśmy się na północ – w stronę Cape Cross, gdzie ulokowała się jedna z największych kolonii fok. Chociaż przewiało nas chłodem, wszyscy byli zachwyceni, bo obok samych fok – gospodarzy przylądka – udało nam się zauważyć wieloryba, który na powitanie pomachał nam przyjaźnie ogonem.

A potem już szybciutko na miejsce naszego dzisiejszego noclegu – Urgab Rhino Camp. Ostatnie 10 km na pierwszym biegu, z kamienia na kamień, prawdziwy off-road. Wspaniała widokowo droga pomiędzy zwałowiskami skalnego gruzu zaprowadziła nas na camp leżący na trasie wędrówek pustynnych słoni i lwów. Tak więc – dziś pierwszy nocleg w towarzystwie klubu Wielkiej Piątki.
Obozujemy na dnie pustynnej doliny, otoczeni zewsząd skałami. Nawet jednak w tej dziczy toaleta to czysty sedes z deską i papierem toaletowym, a prysznic – chociaż z wiadra powieszonego na haku – z ciepłą wodą, którą każdy może sobie sam przygotować w specjalnym kociołku. Zadziwia nas ta Namibia.
Dodatkowo, wieczorem z zapartym oddechem wpatrujemy się w niebo – czarne, usiane miliardami gwiazd, z wyraźnie widocznym Krzyżem Południa i oszałamiającą Drogą Mleczną. Prawdziwy spektakl...

 

11.09.2014 – czwartek


Teoretycznie luźny dzień – jedynie 200 km. Ale tę odległość pokonywaliśmy od 8:30-17:00. Wszystko przez pierwszą część – do Twyfelfontein jechaliśmy prawdziwym off-roadem – spore odcinki na 4L, na I lub II biegu. Prawie 75 km z szybkością paru km/h.
Po drodze fantastyczne widoki, ciekawe skałki Organ Pipes, ale przede wszystkim buszmeńskie petroglify. Liczą ok. 2000-6000 lat, ponoć stanowiły dla kolejnych pokoleń Buszmenów rodzaj tablicy ogłoszeń.
Same rysunki przedstawiają przede wszystkim zwierzęta, a poza tym mapy źródeł wody, ślady zwierząt oraz odciski stóp – zapewne twórcy (twórców) tych naskalnych dzieł.

Od Twyfelfontein droga zaczęła już przypominać drogę i jechało się znacznie szybciej. Po krótkiej kontroli sanitarnej mogliśmy rozbić kolejny obóz w Palmwag Lodge. Zwierząt dziś prawie nie widzieliśmy – jedynie parę strusi i dwa dzikie psy, które zabłądziły w tę niegościnną i jałową okolicę. Camping w Palmwag Lodge – supercomfort – prysznic i toaleta, ciepła woda, kuchnia ze zlewem. Wszystko zgrzebne, ale po dwóch dniach włóczęgi to dla nas prawdziwy luksus.
Jutro dalej na północ – do Opuwo.

 

12.09.2014 – piątek


Powitanie dnia – o świcie grupa elandów (największych antylop) pasąca się 100 metrów od naszego obozu.
Potem, już w drodze, dwie żyrafy, kilka grup zebr i liczne stadka antylop. W Warmqelle zatrzymaliśmy się przy gorących źródłach. No, mówiąc prawdę, nie były bardzo gorące, ale w paru miejscach spod dna rzeczywiście wydostawała się ciepła woda, a malowniczy wodospad zasilał ten uroczy basen wśród skał. Na kąpieli spędziliśmy prawie godzinę.

Około trzeciej wyruszyliśmy w dalszą drogę, aby po dwóch godzinach dotrzeć do Opuwo, gdzie zwraca uwagę przedziwna mieszanka ubranych w stylu wiktoriańskim kobiet Herrero i wysmarowanych czerwoną glinką Himba – z jednej strony bardzo zbliżonych pochodzeniem etnicznym, z drugiej – szokująco różniących się wyglądem i stylem życia.
Nikomu tu nie przeszkadza dziewczyna Himba z odsłoniętym biustem stojąca w kolejce w hipermarkecie. One tak po prostu sobie żyją...

Przejechaliśmy nieśpiesznie przez centrum, a potem wspięliśmy się szutrową dróżką do ośrodka Opuwo Country Lodge.
W hotelu pierwsze kroki – a jakże – na basen, z fantastycznym widokiem na rozległą afrykańską dolinę. Gdy słońce skłoniło się ku zachodowi, chowając się szybko wśród dalekich wzgórz i barwiąc na kilkanaście minut wszystko ciepłym, pomarańczowym światłem, kicz się ostatecznie dopełnił...
Wieczorem wytworna kolacja w restauracji, chociaż znowu bez dzikiego afrykańskiego mięsa – tylko wół, owca i świnia. Do tego wyśmienite południowoafrykańskie wina.
A po trzech dniach biwaków nareszcie śpimy w łóżku, w prawdziwym łóżku. Ostatni raz na kolejne 6 dni...

 

13.09.2014 – sobota


Dzisiaj etap z Opuwo (czytaj: Ohopuho) do Epupa Falls. Po drodze wizyta w wiosce Himba.
Po burzliwych negocjacjach wódz zgodził się nas wpuścić do wioski za stosunkowo przystępną sumę wspartą dwoma skrzynkami „darów“ zakupionych w Spar w Opuwo.
Sama wizyta raczej cepeliowska, chociaż miejscowe dzieci omotały błyskawicznie nasze dziewczyny i obsiadły je w ilościach hurtowych. A że były dość dokładnie umyte glinką... No cóż, trochę te nasze kobity umorusały J
Dziewczyny wysmarowane przepisowo czerwoną glinką, włosy ułożone w gliniane pasma, odsłonięte biusty. Cóż, uczciwie trzeba powiedzieć, że wyobrażenie o wyjątkowych, jędrnych piersiach kobiet Himba to mistrzostwo namibijskiego PR. Pewnie gdzieś tak jest... Akurat w naszej wiosce nie odbiegały od średniej światowej.

A potem już prosto do Epupa Falls. Czarowne miejsce, cudowne wodospady, wyjątkowy camping wśród palm, położony tuż nad nimi. Podobno, w czasie pory deszczowej dorównują urodą Victoria Falls. Chyba to przesada, ale i tak jest pięknie...
Spędzamy ponad godzinę na próbach jak najlepszego wykadrowania spadającej wody i całego kanionu. Niektórzy postanowili spędzić tu jeszcze parę chwil dłużej na moczeniu stóp w rzece.
Potem przygotowujemy sobie wyśmienitego grilla, a w tle przez całą noc delikatny szum Epupy...

 

14.09.2014 – niedziela


Dzień rozpoczęliśmy od hurtowego wykupienia całego chleba przeznaczonego dla wioski (pyszny – ciepły i pachnący!).
A potem prawdziwy off-road. Z Epupa Falls do Kunene River Lodge (ok. 50 kilometrów od Ruacane). 95 km i prawie 7 godzin jazdy! Stara droga, służąca namibijskiej straży granicznej do patrolowania granicy i wyłapywania angolańskich partyzantów. Tyle, że 35 lat temu...
Od tej pory drogą nikt się nie zajmował, więc lata świetności ma zdecydowanie za sobą, choć jest powszechnie uważana za jedną z piękniejszych tras off-roadowych Namibii. Po drodze rewelacyjne widoki na rzekę Kunene wijącą się wzdłuż namibijsko-angolańskiej granicy (chociaż może to raczej granica wije się wzdłuż rzeki...). A poza tym olbrzymia ilość wspinaczek i zjazdów skalnymi rumowiskami pretendującymi do miana traktu. Chwilami wręcz musieliśmy z aut wysiadać, aby część drogi naprędce dobudować. Dla nowicjuszy takich jak my – wspaniała przygoda i spore emocje.

Na zakończenie dnia nagroda – camping Kunene River Lodge położony tuż nad rzeką, wśród soczystej zieleni, pod nadzorem stada kapucynek dybiących na twój błąd, aby podwędzić ci cokolwiek. A w nocy ponoć wychodzą z rzeki metrowej długości jaszczury, więc na zakończenie wieczoru trzeba zrobić żywnościowy klar.
W ciągu dnia temperatura momentami dochodziła do 37°C. Zima w Namibii...
Chyba to lubimy.

 

16.09.2014 – wtorek


Wczorajszy dzień, to typowa dojazdówka. Co prawda, pierwsze 50 km, to szuter z pięknymi widokami na dolinę rzeki Kunene, ale od Ruacane zaczął się już regularny asfalt. Po drodze zaliczyliśmy małe zakupy i wulkanizatora (2 opony do załatania), a ok. 40 km przed wjazdem do Etosha National Park wróciliśmy na szuter.

Pierwszy nocleg w Namutoni. Biwak piękny, z widokami, a wieczorem wizyta na miejscowym „waterhole“ (oczku wodnym) i piękna parada słoni. Za to dzisiaj...

Zwiedzanie tego klejnotu Namibii i całej Afryki polega na samochodowej wycieczce wzdłuż Etosha Pan – olbrzymiego jałowego solniska, które na kilka dni w roku zamienia się w olbrzymie jezioro przyciągając setki tysięcy ptaków. My jednak jesteśmy tutaj pod koniec pory suchej, więc jedyne dostępne wodopoje to rozrzucone co kilkanaście kilometrów oczka wodne. W całym parku nie wolno wychodzić z samochodów, chociaż przygotowane parkingi pozwalają doskonale fotografować mimo tych ograniczeń.
Cóż, dzisiejszy dzień najlepiej opiszą zrobione przez nas zdjęcia. Słonie, nosorożce, lwy, lampart, niezliczone żyrafy, zebry, strusie, springboki, kudu, oryksy, gnu...
Oszałamiające bogactwo fauny, widziane dotąd tylko na filmach. Zrobiliśmy ok. 250 km, od jednego oczka wodnego do drugiego, a wszędzie zatrzęsienie zwierzaków. Po prostu bajka...
Na zakończenie pięknego dnia kąpiel w basenie w Halali, gdzie dzisiaj nocujemy, a potem przed snem obserwacje kolejnego waterhole’a – tym razem głównie nosorożce, i kolejny lampart, chociaż szybko przepędzony przez jednego z nich.
Wizyta w Etosha National Park... Jedno z marzeń mojego życia...

Poranek jeszcze w Etoshy – pożegnała nas rodzina żyraf i stada zebr. A potem 700 km asfaltem, w stronę Caprivi Strip..
Po drodze największy znany meteoryt, jaki spadł w jednym kawałku na ziemię – Hoba koło Grootfontein – około 60 ton żelaza i niklu.
A teraz już jesteśmy w Ngepi Camp niedaleko Divundu – przepiękny ekologiczny camping nad rzeką, toalety z widokiem na las, solary itp.
Jutro rano wypływamy łódką – w planie hipopotamy, a może i krokodyle?...

 

18.09.2014 – czwartek


Hipopotamów widzieliśmy około dwudziestki, krokodyli parę, największy miał może ok. 1,8 metra. Ośrodek, w którym nocowaliśmy, prezentuje się świetnie także od strony wody. W jednym z domków uwagę zwraca King’s Bathroom, czyli prawdziwa łazienka z ocynkowaną wanną ustawioną na pomoście bezpośrednio nad wodą. Fantastyczny widok – i to w obie strony.
Od paru dni zrobiło się naprawdę ciepło – 36-38°C. Dzisiaj po raz pierwszy na termometrze pojawiło się 40°C. Co ciekawe, nawet przy tej temperaturze nieźle udaje nam się funkcjonować.
Po wyjeździe z Ngepi Camp przejechaliśmy przez Bwabwata National Park, ale poza dwiema żyrafami i trzema elandami – pusto. Największy zysk to trening jazdy na piasku.
Potem jeszcze tylko 200 km asfaltu i zatrzymujemy się na ostatni nocleg przed Botswaną – Kwando Camp nad rzeką o tej samej nazwie.
Zresztą ta sama rzeka Kwando (lub Cuando) zmienia potem nazwę na Chobe i Linianti.
Jutro z rana ruszamy do Kasane. Zrobiliśmy już prawie 4000 km...

 

20.09.2014 – sobota


Wczoraj udało nam się pokonać drogę bardzo sprawnie – ok. 260 km asfaltem + przejście graniczne Namibia – Botswana. Trochę biurokracji, zwłaszcza przy odprawie samochodu, ale w rezultacie już przed 14:00 byliśmy na miejscu.
Po drodze udało nam się jeszcze zobaczyć skansen murzyńskiej wioski (b. interesujący) w Kwando i park narodowy Mudumu (bez sensu – całkiem pusty). 

Po krótkim odpoczynku dwoma samochodami z biura turystycznego wyjechaliśmy z campingu nad rzekę Chobe. Chociaż początkowo nasz kierowca pomylił przystanie, to ostatecznie dojechaliśmy z niewielkim opóźnieniem na właściwe miejsce.
Po drodze mieliśmy okazję obejrzeć ślady zniszczeń pozostawionych w mieście przez stada słoni – zdemolowane ogrodzenia, uszkodzone budynki... Chyba lubią się zdenerwować.
Stamtąd wypłynęliśmy na rzekę. Jaki rejs!... Jeszcze w życiu nie oglądaliśmy takiej ilości zwierząt na tak małej przestrzeni, a do tego z tak bliska.
Setki słoni, dziesiątki bawołów i hipopotamów, krokodyle, antylopy, małpy, ptaki... Słoniątka baraszkujące beztrosko w przybrzeżnych wodach. Na środku rzeki rajska wyspa, cała porośnięta bujną trawą, idealnie płaska, praktycznie bez drapieżników. Słonie, bawoły i hipopotamy obserwowane z odległości paru metrów. Spokój i majestat...
Właśnie tutaj skompletowaliśmy „Big Five“ – „Wielką Piątkę“ (słoń, nosorożec, lew, lampart, bawół). Po wizycie w Etoshy brakowało nam już tylko bawoła. Mam nadzieję, że na zdjęciach udało się uchwycić chociaż część tej magii... Po powrocie długo jeszcze nie mogliśmy dojść do siebie.
Natomiast w nocy słoń zrobił kupę dokładnie obok naszego domku, a potem długo rozrabiał w ośrodku. Cóż... przespaliśmy.

Rano odebraliśmy lekcję na temat różnic pomiędzy Botswaną i Namibią. Rozliczenie naszej 12-sto osobowej grupy okazało się zadaniem ponad siły dla sympatycznej recepcjonistki. Minęła ponad godzina, kiedy wreszcie z ulgą mogliśmy ruszyć w drogę. Tylko 80 km, ale po drodze kolejna granica – tym razem z Zimbabwe. Baliśmy się jej i faktycznie bałaganu co niemiara, ale i tak w ciągu godziny udało nam się zakończyć formalności, by już o 13 dotrzeć do miejscowości Victoria Falls.
Nasza przewodniczka Joy, która przygotowała dla nas cały program – rafting i loty helikopterem, wizyta w Zambii, itp., dotarła do nas dopiero po 14 i okazało się, że mamy bardzo mało czasu, bo najpiękniejsze tęcze nad wodospadami Wiktorii pokazują się około trzeciej.
Dlatego, po szybkim ustaleniu, kto czego pożąda, ławą ruszyliśmy ku wodospadom. Nam udało się tam dojechać parę minut po 15....
Pierwsze spotkanie z jednym z cudów natury tego świata zdecydowanie potwierdza, że koniecznie trzeba tu było dotrzeć. Specyficzne położenie wodospadów (ziemia się „rozstąpiła“ w tym miejscu) sprawia, że można je obserwować z przeciwległego brzegu niczym w teatrze. Oszałamiające wrażenie...
Przemkiem wstrząsnęło tak bardzo, że przetrzymał tam do zachodu słońca, chociaż słońce około piątej zatonęło w chmurach i efektownego zachodu nie było. Może zresztą się mylę i na chwilę mu zaświeciło? Zobaczymy na zdjęciach.
Jutro rano słynny rafting na Zambezi, po południu Zambia, a pojutrze rano lot helikopterem. Już się nie możemy doczekać...

 

21.09.2014 – niedziela


Chyba mamy dość...
Rano, zgodnie z planem, wyjazd na rafting. Po krótkim instruktażu każdy otrzymuje swój zestaw – kask, kapok, koszulkę i wiosło, wsiadamy na ciężarówkę osobową i jedziemy na start. No, może nie do końca...
Trzeba jeszcze pokonać ponad 100 m pionowo w dół, po schodach i stopniach bardziej przypominających drabinę. Na miejsce dochodzimy już lekko podmęczeni. Cała polska siódemka (Marta, Majka, Mariola, Andrzej, Robert i my) trafia na jeden ponton i ruszamy. Przed nami 19 przeszkód („rapids“), choć tak naprawdę więcej, bo parę z nich ma numery typu 12a, 12b, 12c itd...
Największe emocje pojawiają się na Rapid 5 („fifty-fifty“ – podobno połowa się nie wywraca, a połowa i owszem). Znaleźliśmy się po tej ciekawszej stronie, a łódka wywróciła się do góry dnem, a więc nastąpił „trzeci przypadek“ z instrukcji bezpieczeństwa (pierwszy – wyleciałeś, ale trzymasz się liny, drugi – wyleciałeś i nie masz kontaktu z pontonem). W efekcie, na krótki okres zostaliśmy wyłowieni i zaokrętowani na dwóch różnych łódkach, a załoga miała pretekst, aby się o nas pomartwić. Po ok. 5 minutach byliśmy jednak znowu u siebie.
Potem ominęliśmy lądem przeszkody nr 7 (jako jedyni) i 9 (jak wszyscy), ale pozostałe uczciwie zaliczyliśmy („9 jest piękna, ale nazywa się „komercyjne samobójstwo“ bo jest zła dla biznesu“ stwierdził nasz przewodnik i miał nieco racji, bo przy jej pokonywaniu śmiertelność tej imprezy natychmiast wzrosłaby znacząco). Po przepłynięciu każdej kolejnej przeszkody z entuzjazmem wznosiliśmy pionowo wiosła i z głośnym okrzykiem triumfu uderzaliśmy nimi o siebie.
W sumie niezapomniane przeżycie, chociaż dawno nie popiliśmy takiej ilości wody...
Uwzględniając, że średnia wieku naszej załogi była około dwa razy wyższa niż najstarszej z pozostałych, daliśmy sobie radę powyżej oczekiwań. Pod koniec mięśnie ramion chwilami odmawiały już posłuszeństwa.
Po pokonaniu ostatniej przeszkody nasz sternik pozwolił nam uczcić ten sukces kąpielą w Zambezi, z czego większość skwapliwie skorzystała.
Najtrudniejsza część, to ta ostatnia – powrót na poziom +100 m. Wspinaczka niemal pionowo w górę – zajęła nam tyle czasu, że na lunch zostało jedynie parę minut.
Potem, przez godzinę tłukliśmy się szutrowymi wyboistymi dróżkami, by „osobową ciężarówką“ wrócić do punktu wyjścia.
Ledwie wróciliśmy do hotelu, trzeba było ruszać w drogę – postanowiliśmy wyskoczyć na kawę do Zambii, a konkretnie do Livingstone. Miasteczko, wycieńczone przez malarię, stanowi zaledwie cień dawnej świetności. Ale wciąż cieszy oko parę kolonialnych budynków z początku XX w.
Po mieście obwoził nas przesympatyczny taksówkarz o imieniu Kris. Od niego dowiedzieliśmy się, m.in., że część zwłok Livingstone’a (konkretnie serce i wnętrzności) została pochowana w Kalambo, 1000 km stąd... Sprawdziliśmy – nie Kalambo, a Chitambo, i nie 1000 km, ale ok. 250 km na północ od miasta. Oczywiście samolotem, który stoi przed poświęconym mu muzeum, często latał. Cóż, jak wiemy, zmarł w roku 1873, ale niech mu tam... Trafił nam się prawdziwie wyedukowany przewodnik, ale przynajmniej pełen pasji i sympatyczny.
Do hotelu wróciliśmy około 19-ej, było już ciemno. Podczas hotelowej kolacji niektórym zamykały się oczka... Oj, działo się dzisiaj, działo...
A jutro kierunek Savuti – powrót do Botswany. Lot nad wodospadami po konsultacji z Przemkiem odwołujemy.
Także jutro rano żegnamy się ze Sławkiem i Darkiem zwanym Władkiem. Odlatują z Livingstone, przez Johannesburg do Europy...

Tu mała dygresja z mojej strony (Kajman)- ja poleciałem z kilkoma uczestnikami i poniżej zdjęcia - pozwalające ocenić ogrom tego wodospadu
trzeba pamiętać że jest to tzw niski stan wody - nawet baaardzo niski

 

23.09.2014 – wtorek


Wczoraj zebraliśmy się o 10-ej, potem godzina do granicy Zimbabwe z Botswaną, gdzie zrezygnowany celnik (nie mieliśmy żadnej świeżej żywności do zajęcia) poprosił o chociaż 20 pula (ku naszemu zdziwieniu to botswański urzędnik okazał się skorumpowany).
Śpieszyliśmy się, więc odszedł usatysfakcjonowany...
Potem asfaltem kilkadziesiąt kilometrów w stronę Savuti, po czym kolejne 80 km przez piaski do Savuti Camp.
Sam ośrodek nieogrodzony, więc wizyty zwierząt (zwłaszcza słoni) to codzienność. Łazienki wyglądają jak forteca otoczona betonowym murem.

Nas spotkanie ze zwierzyną ominęło, za to przy dzisiejszym śniadaniu towarzyszyło nam kilkadziesiąt ptaków. Natomiast, mimo nocnych pojękiwań hien, żadnej nie udało nam się zobaczyć.
Po śniadaniu piasków ciąg dalszy – 150 km traktu przebyliśmy w ciągu 8 godzin. Po drodze dziesiątki słoni, a poza tym żyrafy, zebry, gnu, gazele.
Świetny trening off-roadowego prowadzenia samochodu. Pierwszy raz natrafiamy na rzeki, które trzeba pokonać samochodem. Jest trochę emocji, a niedługo przed biwakiem, przy jednej z przepraw, Andrzej gubi tablicę rejestracyjną. Na szczęście jego pełne poświęcenia poszukiwania kończą się sukcesem i po paru minutach triumfalnie wznosi tablicę nad głową.
Dziś celem był park narodowy Moremi, czyli delta Okavango. Nasz campsite – Third Bridge – w sercu delty.
Słoni mamy nadoglądane na kilkadziesiąt najbliższych lat...
Jutro cały dzień na miejscu. Ostatni dzień obozowy.

 

24.09.2014 – środa


Do południa Ci, którzy mieli wystarczające zapasy paliwa (czyli my, wzmocnieni kadrowo o Przemka, Monikę i Andrzeja) ruszyli w poszukiwaniu zwierząt i wrażeń. Piękną, mocno off-roadową dróżką dotarliśmy najpierw do Second Bridge, a około 2,5 km dalej – nawet do First Bridge.
Swoją drogą, te dwa mosty – w odróżnieniu od trzeciego – wznosiły się przynajmniej nad wodą, a nie pod...
Po drodze udało nam się sfotografować głównie ptaki, ale i parę żyraf, i stado antylop też się trafiło.
O 15-ej wsiedliśmy na łódkę, która zabrała nas w stronę rzeki Okavango. W stronę, bowiem delta to sieć niekończących się kanałów, poprzedzielanych niekiedy mniejszymi lub większymi lagunami lub jeziorkami, ale nie ma tam czegoś takiego jak główny nurt. Jedyne, co możesz zrobić, to próbować płynąć mniej więcej w stronę, gdzie rzeka zaczyna się rozgałęziać.
Po drodze mnóstwo ptaków (z najmniejszym zimorodkiem – wielkości włoskiego orzecha), jaszczurki, krokodyle, a na deser hipopotamy i słonie.
Nasz przewodnik w gąszczu krętych kanałów drogę wyszukiwał tak pewnie, że w pewnej chwili sądziłem nawet, iż tak naprawdę każda droga prowadzi celu. Dopiero, kiedy wracając musieliśmy się zatrzymać, aby przepuścić łódkę z naprzeciwka (co było uzgodnione radiowo 5 minut wcześniej) zrozumiałem, że płynęliśmy jedyną prawidłową trasą w całym tym labiryncie. Tym większy szacunek dla naszego pilota!
Wieczorem pożegnalny obozowy wieczór – ostatni pod namiotami, uświetniony wizytami hieny i słonia. Zmasowany atak świetlny („czołówkami“) skutecznie zniechęcił tego drugiego do zapoznawania się z naszym menu, ale hiena twardo dobrała nam się do worka z odpadkami i dopiero na skutek zdecydowanych okrzyków niechętnie się oddaliła.
Jutro Kalahari...


25.09.2014 – czwartek


Pierwsze pięćdziesiąt kilometrów – do południowej bramy parku Moremi, to znowu klasyczny off-road – 15 km/h. Potem jeszcze kilkadziesiąt kilometrów szutrów i w końcu jesteśmy na prawdziwym asfalcie. Dzisiejsza trasa to łącznie 660 km – do granicy z Namibią, a nawet 20 km dalej. Około 17-ej docieramy do Kalahari Bush Breaks - przecudnej oazy na środku pustyni. Sama Kalahari tutaj nie jest podobna do potocznego wyobrażenia pustyni. To raczej suchy ugór, porośnięty jeszcze bardziej suchymi kępami traw i krzaków, nagrzewany przez słońce jak patelnia. Taka patagońska pampa, tyle, że temperatury znacznie wyższe.
Kalahari Bush Breaks to prowadzony przez bardzo sympatyczną rodzinę Afrykanerów ośrodek (camping i domki o bardzo stylowej architekturze) zatopiony w morzu kwiatów. Oczko wodne nieopodal przyciąga dziesiątki antylop, które można oglądać także nocą – oczko jest oświetlone.
Samą pustynię widzimy w promieniu parunastu kilometrów, gdyż ośrodek znajduje się na niewielkim wzniesieniu.
W domkach przebojem są duże okna w łazienkach – można obserwować antylopy siedząc na sedesie lub biorąc prysznic.
Wytworna kolacja prowadzona przez niezrównanego mistrza ceremonii, to m.in. befsztyk z elanda – pycha!

 

26.09.2014 – piątek


Bardzo nam się nie chciało ruszać z tej oazy. Miejsce naprawdę wyjątkowe.
W końcu nie było wyjścia i około 11-ej wyjechaliśmy na ostatnie 300 km naszej przygody. Sama droga przez pustynię – bez większych wrażeń – asfalt po horyzont.
Wczesnym popołudniem dotarliśmy do Arebbusch Travel Lodge – to tutaj zaczynaliśmy naszą afrykańską podróż. Potem krótki spacer po centrum Windhoek (m.in. pomnik złożony z ponad 20-stu odłamków meteorytu znalezionego w Namibii), a wieczorem pożegnalna kolacja, wino, wspominki...



27.09.2014 – sobota


Ostatni dzień w Namibii. Po wymeldowaniu się i złożeniu bagaży jedziemy do centrum miasta na pożegnalny spacer i zakupy.
Zwiedzamy m.in. Muzeum Narodowe, które poraża nas odważną wizją świata zbliżoną swoją stylistyką do słusznie minionych czasów socrealizmu.
W pięknym protestanckim kościele właśnie rozpoczyna się ceremonia ślubna. Rodzice panny młodej uśmiechają się pięknie ze zdjęcia, gdyż nie mogli pojawić się tu osobiście...
Potem odwiedzamy kolejowy dworzec – sieć połączeń mieści się dużymi literami (oczywiście czcionką gotyk!) na ściennej tablicy, więc każdy sobie może swoje połączenie odnaleźć bez trudu. Jedyne opcje to Keetmanshoop i Walvis Bay; Tsumeb i Gobabis widnieją na rozkładzie, ale zegary pokazujące godzinę wyjazdu pociągu do tych miejscowości nie mają wskazówek...
Włóczymy się trochę po mieście, stolica Namibii nie jest duża i centrum można obejść bardzo szybko, ale czujemy się tu bardzo dobrze – podobnie jak i w całej Namibii.
Po szóstej zabiera nas na lotnisko zaprzyjaźniony kierowc.
21:35 – odlatujemy z Windhoek.

 

 

KONIEC

EPILOG


Jurek miał rację – to rzeczywiście była jedna z podróży życia. Przeżyliśmy bardzo intensywne trzy tygodnie, często brakowało nawet czasu, by na gorąco notować wszystkie wrażenia. Podczas podróży spotkaliśmy wszystko, czego mogliśmy oczekiwać – fantastyczne krajobrazy, interesujący ludzie, a przede wszystkim – niewiarygodne bogactwo afrykańskiej fauny. Na pewno rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania. Osobny temat, to poziom cywilizacyjny krajów, które odwiedziliśmy. Zaskakujący porządek i czystość, komfort na campingach, życzliwa obsługa... Właściwie nie było sytuacji, w której czulibyśmy się źle potraktowani. To nie jest typowe dla Afryki. Mimo całej egzotyki przebywaliśmy cały czas na obszarze przyjaznym i zrozumiałym dla Europejczyków.
Wreszcie „last but not least“ – podstawą sukcesu każdej wyprawy jest dobry program i organizacja. W tym wypadku program był bardzo dobrze przemyślany, uwzględniał przy tym sugestie uczestników.
Samochody poradziły sobie w tych trudnych warunkach koncertowo – jedyny problem, to dwie przebite opony i problemy elektryczne z jedną z radiostacji.
Miejsca, które odwiedziliśmy, były na swój sposób wyjątkowe – każde miało charakter i atmosferę. Podział noclegów na „obozowe“ i „komfortowe“ (w lodge’ach) miał głęboki sens – po paru noclegach na dachu samochodów mogliśmy w dobrych warunkach doprowadzić naszą odzież i siebie samych do podstawowych standardów czystego człowieka. 

 

 

 

 

  • 001
  • 002
  • 003
  • 004_Namibia
  • 005_Namibia
  • 006_Namibia
  • 007_Namibia
  • 008_Namibia
  • 009_Namibia
  • 010_Namibia
  • 011_Namibia
  • 012_Namibia
  • 013_Namibia
  • 014_Namibia
  • 015_Namibia
  • 016_Namibia
  • 017_Namibia
  • 018_Namibia
  • 019_Namibia
  • 020_Namibia
  • 021_Namibia
  • 022_Namibia
  • 023_Namibia
  • 024_Namibia
  • 025_Namibia
  • 026_Namibia
  • 027_Namibia
  • 028_Namibia
  • 029_Namibia
  • 030_Namibia
  • 031_Namibia
  • 032_Namibia
  • 033_Namibia
  • 034_Namibia
  • 035_Namibia
  • 036_Namibia
  • 037_Namibia
  • 038_Namibia
  • 039_Namibia
  • 040_Namibia
  • 041_namibia
  • 042_namibia
  • 043_namibia
  • 044_namibia
  • 045_namibia
  • 046_namibia
  • 047_namibia
  • 048_namibia
  • 049_namibia
  • 050_namibia
  • 051_namibia
  • 052_namibia
  • 053_namibia
  • 054_namibia
  • 055_namibia
  • 056_namibia
  • 057_namibia
  • 058_namibia
  • 059_namibia
  • 060_namibia
  • 061_namibia
  • 062_namibia
  • 063_namibia
  • 064_namibia
  • 065_namibia
  • 066_namibia
  • 067_namibia
  • 068_namibia
  • 069_namibia
  • 070_namibia
  • 071_namibia
  • 072_namibia
  • 073_namibia
  • 074_namibia
  • 075_namibia
  • 076_namibia
  • 077_namibia
  • 078_namibia
  • 079_namibia
  • 080_namibia
  • 081_namibia
  • 082_namibia
  • 083_namibia
  • 084_namibia
  • 085_namibia
  • 086_namibia
  • 087_namibia
  • 088_namibia
  • 089_namibia
  • 090_namibia
  • 091_namibia
  • 092_namibia
  • 093_namibia
  • 094_namibia
  • 095_namibia
  • 096_namibia
  • 097_namibia
  • 098_namibia
  • 099_namibia
  • 100_namibia
  • 101_namibia
  • 102_namibia
  • 103_namibia
  • 104_namibia
  • 105_namibia
  • 106_namibia
  • 107_namibia
  • 108_namibia
  • 109_namibia
  • 110_namibia
  • 111_namibia
  • 112_namibia
  • 113_namibia
  • 114_namibia
  • 115_namibia
  • 116_namibia
  • 117_namibia
  • 118_namibia
  • 119_namibia
  • 120_namibia
  • 121_namibia
  • 122_namibia
  • 123_namibia
  • 124_namibia
  • 125_namibia
  • 126_namibia
  • 127_namibia
  • 128_namibia
  • 129_namibia
  • 130_namibia
  • 131_namibia
  • 132_namibia
  • 133_namibia
  • 134_namibia
  • 135_namibia
  • 136_namibia
  • 137_namibia
  • 138_namibia
  • 139_namibia
  • 140_namibia
  • 141_namibia
  • 142_namibia
  • 143_namibia
  • 144_namibia
  • 145_namibia
  • 146_namibia
  • 147_namibia
  • 148_namibia
  • 149_namibia
  • 150_namibia
  • 151_namibia
  • 152_namibia
  • 153_namibia
  • 154_namibia
  • 155_namibia
  • 156_namibia
  • 157_namibia
  • 158_namibia
  • 159_namibia
  • 160_namibia
  • 161_namibia
  • 162_namibia
  • 163_namibia
  • 164_namibia
  • 165_namibia
  • 166_namibia
  • 167_namibia
  • 168_namibia
  • 169_namibia
  • 170_namibia
  • 171_namibia
  • 172_namibia
  • 173_namibia
  • 174_namibia
  • 175_namibia
  • 176_namibia
  • 177_namibia
  • 178_namibia
  • 179_namibia
  • 180_namibia
  • 181_namibia
  • 182_namibia
  • 183_namibia
  • 184_namibia
  • 185_namibia
  • 186_namibia
  • 187_namibia
  • 188_namibia
  • 189_namibia
  • 190_namibia
  • 191_namibia
  • 192_namibia
  • 193_namibia
  • 194_namibia
  • 195_namibia
  • 196_namibia
  • 197_namibia
  • 198_namibia
  • 199_namibia
  • 200_namibia
  • 201_namibia
  • 202_namibia
  • 203_namibia
  • 204_namibia
  • 205_namibia
  • 206_namibia
  • 207_namibia
  • 208_namibia
  • 209_namibia
  • 210_namibia
  • 211_namibia
  • 212_namibia
  • 213_namibia
  • 214_namibia
  • 215_namibia
  • 216_namibia
  • 217_namibia
  • 218_namibia
  • 219_namibia
  • 220_namibia
  • 221_namibia
  • 222_namibia
  • 223_namibia
  • 224_namibia
  • 225_namibia
  • 226_namibia
  • 227_namibia
  • 228_namibia
  • 229_namibia
  • 230_namibia
  • 231_namibia
  • 232_namibia
  • 233_namibia
  • 234_namibia
  • 235_namibia
  • 236_namibia
  • 237_namibia
  • 238_namibia
  • 239_namibia
  • 240_namibia
  • 241_namibia
  • 242_namibia
  • 243_namibia
  • 244_namibia
  • 245_namibia
  • 246_namibia
  • 247_namibia
  • 248_namibia
  • 249_namibia
  • 250_namibia
  • 251_namibia
  • 252_namibia
  • 253_namibia
  • 254_namibia
  • 255_namibia
  • 256_namibia
  • 257_namibia
  • 258_namibia
  • 259_namibia
  • 260_namibia
  • 261_namibia
  • 262_namibia
  • 263_namibia
  • 264_namibia
  • 265_namibia
  • 266_namibia
  • 267_namibia
  • 268_namibia
  • 269_namibia
  • 270_namibia
  • 271_botswana
  • 272_botswana
  • 273_botswana
  • 274_botswana
  • 275_botswana
  • 276_botswana
  • 277_botswana
  • 278_botswana
  • 279_botswana
  • 280_botswana
  • 281_botswana
  • 282_botswana
  • 283_botswana
  • 284_botswana
  • 285_botswana
  • 286_botswana
  • 287_botswana
  • 288_botswana
  • 289_botswana
  • 290_botswana
  • 291_botswana
  • 292_botswana
  • 293_botswana
  • 294_botswana
  • 295_zimbabwe
  • 296_zimbabwe
  • 297_zimbabwe
  • 298_zimbabwe
  • 299_zimbabwe
  • 300_zimbabwe
  • 301_zimbabwe
  • 302_zimbabwe
  • 303_zimbabwe
  • 304_zimbabwe
  • 305_zimbabwe
  • 306_zimbabwe
  • 307_zimbabwe
  • 308_zimbabwe
  • 309_zimbabwe
  • 310_zimbabwe
  • 311_zimbabwe
  • 312_zimbabwe
  • 313_zimbabwe
  • 314_zimbabwe
  • 315_zimbabwe
  • 316_zimbabwe
  • 317_zimbabwe
  • 318_zimbabwe
  • 319_zimbabwe
  • 320_zimbabwe
  • 321_zimbabwe
  • 322_zimbabwe
  • 323_zimbabwe
  • 324_zimbabwe
  • 325_zimbabwe
  • 326_zimbabwe
  • 327_zimbabwe
  • 328_zimbabwe
  • 329_zimbabwe
  • 330_zambia
  • 331_zambia
  • 332_botswana
  • 333_botswana
  • 334_botswana
  • 335_botswana
  • 336_botswana
  • 337_botswana
  • 338_botswana
  • 339_botswana
  • 340_botswana
  • 341_botswana
  • 342_botswana
  • 343_botswana
  • 344_botswana
  • 345_botswana
  • 346_botswana
  • 347_botswana
  • 348_botswana
  • 349_botswana
  • 350_botswana
  • 351_botswana
  • 352_botswana
  • 353_botswana
  • 354_namibia
  • 355_namibia
  • 356_namibia
  • 357_namibia
  • 358_namibia
  • 359_namibia
  • 360_namibia
  • 361_namibia
  • 362_namibia
  • 363_namibia
  • 364_namibia
  • 365_namibia
  • 366_namibia
  • 367_namibia
  • 368_namibia
  • 369_namibia
  • 370_namibia
  • 371_namibia
  • 372_namibia
  • 373_namibia
  • 374_namibia
  • 375_namibia
  • 376_namibia
  • 377_namibia
  • 378_namibia
  • 379_namibia
  • 380_namibia
  • 381_namibia
  • 382_KONIEC

Simple Image Gallery Extended