Realizacje - Maroko kwiecień 2014

 

Maroko - kwiecień 2014

Poniżej tekstu umieszczono pełną galerię ze zdjęciami

 

Opis - dzieło jednego z uczestników wyjazdu – nick „Mygosia”

Zdjęcia autorstwa uczestników wyjazdu jak i organizatora      

                                  

Pojechałam do Maroko z głową nabitą obrazkami z pustynią, wielbłądami, ślicznymi miastami.

A wróciłam powalona na kolana kalejdoskopem krajobrazów - ośnieżone szczyty wysokich gór, głębokie doliny z setkami kazb, czerwona gliniasta gleba poprzetykana jaskrawo zielonymi plamami roślinności, wyschnięte rzeki, stada owiec, grupki ciekawskich dzieciaków, skalista ciemna hamada, wszechobecny pył…

 

Ale po kolei.

 

Nasze motocykle odjeżdżają kilka dni wcześniej z Kajmanem [www.kajmanoverland.pl]. Oprócz mojej DRki na przyczepie są dwie 400 drz, KTM 690 i mastodont KTM 1190 :)

My lądujemy w Marakeszu nocą, a kolejnego dnia o poranku możemy wsiąść na motocykle i praktycznie od razu wjechać w góry.

IMO jest to świetne rozwiązanie. Dzięki transportowi motocykli w środek kraju oszczędzamy kupę czasu [w dwie strony, z promem, to w sumie jakieś 3-4dni], oszczędzamy opony [kilkaset km dojazdówki po asfalcie na kostkach? - brrrr!], paliwo…

 

Śpimy na przyjemnym kempingu.

 

 

 

W pierwszym dniu mamy w miarę krótką trasę “na rozgrzewkę”. To moja pierwsza dłuższa jazda po zimowej przerwie. Asfaltowe zakręty pokonuję kwadratowo, a po wjeździe w góry, na offowych dróżkach pokrytych półwyschniętą śliskawą gliną, czuję się mocno niepewnie, tym bardziej, że jedziemy trawersem po dość stromym zboczu. Po lewej mamy ścianę, a po prawej przepaść.

 

 

 

Chłopaki prują do przodu, a ja za nimi się telepię w tempie emeryckim :)

 

 

 

 Po lunchu [zeschnięty domowy  kawałek chleba + pasztet sojowy ;)  nad jeziorem ruszamy dalej - tym  razem pomykamy śliczną  szutrówką,która niestety potem  robi się mniej śliczna - pojawiają się  dziury, glina, nierówności,  mnóstwo zakrętasów.

 

 Powoli się ściemnia, a my  wjeżdżamy na jakąś kozią ścieżkę,  która całe szczęście kończy  się po  paru kilometrach wyjazdem na  asfalt.

 Teraz już tylko kilkadziesiąt km z  małą przerwą na użyczenie paliwa  KTMowi :)

 

 Nocujemy w Demnate, w fajnym  hostelu, z mało fajną łazienką :)

 

 Poranek upływa na leniwym  krzątaniu się, co później się na nas  zemści. Na razie  powolutku  zażywamy kąpieli, idziemy  rozgrzanymi słońcem ulicami “Na  miasto”  na  obrzydliwie słodkie  śniadanko z obrzydliwie słodką  herbatą :)

 

 

 

 

W końcu ruszamy. Znów w góry.

Dróżka początkowo jest dość wymagająca, znów na wpół zaschnięta glina, tym razem wymieszana z kamieniami różnej wielkości.

Osiągamy przełęcz i opadają nam kopary - po raz pierwszy tego dnia :)

 

 

 

Później wjeżdżamy do cudnej dolinki, otoczonej stromymi szczytami…

 

   

 

Wygląda na to, że jeszcze 1-2 tygodnie temu ta ścieżka mogła być nieprzejezdna - jęzory śniegu miejscami dosięgają drogi, rozmiękają glinę, tworzą zdradliwe kałuże. Jazda jest nieco karkołomna.

 

A później - znów przełęcz i znów widoki zapierające dech w piersiach!

Zjeżdżamy do doliny, gdzie trafiamy na kawałek asfaltu i w mieście Tabante odbijamy w prawo, bo wg mapy gdzieś tam znajdują się odciśnięte w skale ślady dinozaurów, a ja sie uparłam, aby je zobaczyć.

Nie znamy francuskiego, trochę błądzimy, ale w końcu kilkuletni chłopczyk prowadzi nas stromymi schodkami do zamkniętego podwórka, gdzie znajduje się nasz cel :)

Oto ślady mięsożercy…

A to roślinożercy…

Jest już późne popołudnie, a przed nami ponad połowa drogi. Cieszymy się, że jedziemy porządną, szybką szutrówką, która wspina się wyżej i wyżej.

Temperatura spada, nie tylko z powodu zalegającego na poboczach śniegu - jesteśmy powyżej 2500m n.p.m.

Powoli zaczyna zmierzchać, więc z ulgą witamy asfalt, jednak nasza radość nie trwa długo - po zjeździe w dolinę, wjeżdżamy na wąską, szutrową ścieżkę biegnącą na zboczu.

 

 

Ostatnie kilkadziesiąt km pokonujemy w zupełnych ciemnościach, mijając powoli setki zakrętów…

 

 

Jestem obolała  od ciągłego spięcia mięśni i wykończona skupianiem uwagi. W końcu dojeżdżamy w miejsce noclegu… I padam spać :)

_______________________________

 

Jako, że nasza grupa jest mało pozbierana, a powroty po ciemku nie są ani przyjemne, ani bezpieczne, to Kajman rozkazał, że wyjazd ma być punkt 10.00.

Zgodnie z planem wstajemy w miarę wcześnie i wyjeżdżamy tuż po śniadaniu. Dzisiaj czekają nas same “lajtowe” offy - trochę asfaltu, trochę równych jak stół szutrówek.

Punkt 10.00 wsiadam na DRkę i ruszam przed siebie po śladzie. Wiem, że prędzej, albo później chłopaki i tak mnie dogonią.

I rzeczywiście - dojeżdżają mnie po kilkunastu km, gdy wjeżdżam na asfalt. Krajobraz się zmienia - zamiast czerwonych i czerwonopomarańczowych skał otacza nas głazowisko ze szczątkową roślinnością.

A potem znów zjeżdżamy na szuter na stromym zboczu. Początkowo jedzie się super, a później znów znajoma rozmiękła glina z twardymi, wąskimi koleinami.

Nie lubię, nie lubię :/

Widoki “nieco” wynagradzają niedogodności…

Nie no, prawdę mówiąc to jest zajebiście, znowu…

 

 

Przed miasteczkiem ze stacją paliw robimy przerwę na berber whisky. Miętowa, obrzydliwie słodka herbata w cieniu oliwki… mmmm…

Na stacji „benzynowej” nie ma benzyny ;) Pan sprzedawca coś mówi i wskazuje w bliżej nieokreślonym kierunku. Po kilku minutach poszukiwań trafiamy do garażu, gdzie miejscowi leja nam paliwo z pięciolitrowych butelek...

Jedziemy dalej. Świetna asfaltowa nawierzchnia, puściutka - w ciągu godziny mijamy może ze 2 pojazdy [w tym jednego osła]. Krajobraz, to pusty płaskowyż ciągnące się po horyzont, zamknięty wysokimi górami. Powolutku się do nich zbliżamy równiną.

Rosnące gdzieniegdzie wśród kamieni skarlałe drzewka są coraz rzadsze. W końcu napotykamy tylko na pojedyncze  poskręcane od wiatru krzaki.

Robi się chłodno i rześko, chociaż słońce świeci jak złoto. Jesteśmy wysoko...

Jeszcze kilka serpentyn i dojeżdżamy do przełęczy.

Przed nami rozciąga się widok na ładnych parędziesiąt kilometrów.

Cykam fotki.

 

 

Zjadam jakiś zapomniany, na wpół suchy kęs chlebka z roztopionym kitkatem. Słońce pali, ale na tej wysokości nie jest to specjalnie męczące.

Chłopaki wyrywają do przodu.

Pokonując kolejne kilometry rozkoszuję się samotnością i możliwością zatrzymywania się tak często jak tylko chcę :) I w takich miejscach, które są pośrodku niczego... Droga wiedzie równą szutrostradą, często mija wioski, więc czuję się bardzo bezpiecznie.

I tak powolutku się bujam w stronę Imilchil, gdzie mamy spać.

 

 

Tam spotykam moich towarzyszy :)

Śpimy w bardzo ładnym miejscu - musimy tylko chwilę poczekać aż gospodarze zagrzeją wodę i przygotują obiadokolację.

Więc idę na spacer… w mojej ulubionej porze, gdy dzień spotyka się z nocą, a czas się zatrzymuje.

Spaceruję korytem półwyschniętej rzeki - jeszcze o tym nie wiem, ale jutro zapoznam się lepiej z taka nawierzchnią.

Zapada zmierzch.

Z oddalonego o parę kilometrów meczetu dobiega ciche nawoływanie imama.

Pasterz pędzi swoje owce do domu…

Wyciszona i troszkę przemarznięta wracam na nocleg, a tam na stole już czeka gorący tadjin. Umiejscawiam się jak najbliżej kozy, z której bije ciepełko.

:)

-------------------------------------------------------------------------------------------------

Rano śniadanie, pakowanie… Idzie nam coraz sprawniej.

Dzisiaj wszyscy grzecznie jadą w grupie. Przynajmniej na początku, gdy jedziemy asfaltem. Potem zjeżdżamy na cudną szutrówkę.

Wcześniejsza gliniasta czerwień prawie całkowicie ustępuje miejsca skałom w kolorze piaskowym. A zamiast jaskrawozielonej roślinności mamy jakieś żałosne szarawe kępki.

Wtaczamy się z Wieśkiem wyżej i wyżej.  Reszta nas wyprzedziła - spotkamy ich dopiero wieczorem.

Zaczyna mnie tak śmiesznie boleć głowa. Wczoraj też tak było, i przedwczoraj. Kojarzę fakty - wygląda na to, że przy przekraczaniu magicznej poziomicy 2300m n.p.m. mam pierwsze objawy choroby wysokościowej. Ale jajo! :D

Zatrzymujemy się na chwilkę, w celu odpoczynku, wzmocnienia się batonikiem. Ból głowy ustępuje…

Wyjeżdżamy wyżej i wyżej - i oto stajemy na najwyższym punkcie naszej całej wycieczki -  przełęcz Tizi-n-Ouano ok. 2900m npm. Na górze spotykamy grupę Rosjan, z którymi dogadujemy się po angielsku - dziwny jest ten świat ;)

...i zjeżdżamy w dół. Czasem trzeba minąć osiołki, które z jukami zajmują całą szerokość drogi.

Pyrkamy wolniutko serpentynami w dół kanionu. Trochę drobnego żwirku zalega. Trzeba być uważnym, ale jedzie sie przyjemnie i generalnie na luzie.

Im niżej, tym cieplej.

Potem kawałek drogi asfaltowej przez wioski, szybki posiłek regeneracyjny

 

 

i wracamy na offa. Początkowo szutrowa, lekko kręta droga leci przez śliczne pustkowie w kolorze brudnopiaskowym. Tak jak lubię. Ale z czasem drobny żwirek zamienia się w żwir, żwir w kamyki, a kamyki w kamienie luźno leżące na drodze… Zakręty się zacieśniają. A my lądujemy w korycie, wyschniętej obecnie, rzeki.

Nie jest lekko, w dodatku wśród pionowych skał wąwozu upał coraz bardziej dokucza. DRka jest super motocyklem, ale  w kamienistym terenie ujawnia swoją chyba największą wadę - fatalne zawieszenie [po przesiadce z KTMa, to był dla mnie szok ;) ] - tłumienie zero. Ciągłe drgania i podskoki kierownicy męczą okrutnie kończyny górne i obręcz barkową. W dodatku znów zapomniałam dopompować opony, więc nie mogę się rozpędzać na prostych, bo  przy natrafieniu na większy kamol czuję mocne uderzenie o felgę [tak, tak, wiem… to karygodne... dobrze, że DRka jest blondi-odporna i dużo wybacza :) ].

Ale teraz uczę się nowej rzeczy - DRka jest na tyle lekka, że kierując kolanami można wykonywać szybkie skręty i slalomy między co większymi kamieniami - na siedząco, żeby nie było. Ale fajnie!

Docieramy na przełęcz, tam spotykamy grupę turystów z Łotwy i Finlandii. Oni  z kolei wynajęli motocykle [obute w Enduro Sahara - kurde, lubię te opony!] wraz z marokańskim przewodnikiem. Wyruszyli z Marrakeszu i robią kilkudniową objazdówkę. Tez fajna opcja. Chwilkę rozmawiamy i powoli staczamy się w dół drogą biegnącą głównie po zboczu, ale czasem schodzącą do koryta, gdzie jedziemy po tak nielubianych przeze mnie luźnych kamieniach.

W końcu urokliwy wąwóz zostawiamy z lewej, a sami jedziemy po jego prawej krawędzi. Znów jest bajkowo. W momencie, gdy kanion się kończy, a przed nami rozciąga się widok na bezkresną równinę zamieramy w zachwycie.

Niestety nie mam zdjęć, bo wpadam na pomysł, żeby przyjechać tutaj na zachód słońca - wówczas dopiero musi z butów wyrywać.

Ale tak się złożyło, że troszkę popsuła się pogoda, że była kolacja, że były inne rzeczy do zrobienia :(

Ech….

Po dalszych kilkunastu minutach docieramy do miasteczka, gdzie czeka już reszta grupy. Chłopaki z DRzet zmianiają olej, Wojtek zmienia tylne koło w 1190. No i niestety lewa laga mastodonta się zrzygała. Do cna chyba :/

 

 

Ja w ramach serwisu klepię moją DRkę w zakurzony zadek, a potem wskakuję pod prysznic, aby zmyć trudy dzisiejszego dnia, przebieram  się w spódnicę i glebię w cieniu z książką :D

Jemy kolację i wrzucamy wszyscy na luz. Puszczamy muzyczkę. Delektujemy się tylko delikatnymi drinkami - Kajman straszy, że jutro najdłuższy odcinek, że dość ciężki, że rano pobudka.

Powoli schodzi ze mnie całe napięcie ostatnich kilkudziesięciu godzin.

Błogo…

 

Poranek niby standardowy [śniadanie, mycie, pakowanie, wgrywanie tracków], ale tym razem nieco zagęszczamy ruchy - jesteśmy zmobilizowani słowami Kajmana.

 

Ruszamy - początkowo asfalt, aż do wąwozu Todra i miasteczka Tinerhir. Miejsca mocno komercyjne, pełne turystów, autokarów i majfriendów, więc zatrzymujemy się tylko na szybkie zdjęcia.

 

 

Od dwóch dni krajobraz obfituje w koryta  wyschniętych [obecnie] rzek. Próbuję sobie wyobrazić jak w czasie roztopów musi nimi walić woda, której siła tak wykreowała krajobraz. Fajnie by to kiedyś zobaczyć :)

Do Tinerhir wiedzie asfalt, a potem z ulgą, zjeżdżamy na miodny szuterek i łagodnie pniemy sie w górę.

Znów coś nowego w krajobrazie - pojawiają się czarne skały. Klimat trochę księżycowy. Lubię to.

 

 

Kolejne zaliczane przez moją felgę uderzenia bardzo szybko przypominają mi, że znowu [!!! argh!] zapomniałam dopompować koło. Naprawdę nie mam pojęcia jak to możliwe :/ Obiecuję sobie zrobić to w najbliższym miasteczku do którego dotrzemy.

Dojeżdżamy do przełęczy Tizni-n-Tazazert, którą szybko mijamy - na górze czyhają na nas majfrendzi z ofertami  „nie do odrzucenia”.

Widoki znów mało ziemskie :)

 

 

W końcu wyjeżdżamy na kamienisty płaskowyż - zamęczam Wieśka pytaniem, czy to jest już hamada??

No podobno nie… ale i tak mi się podoba :)

Dojeżdżamy do Nkob. Próbuję na stacji benzynowej dopompować opony, ale końcówka “wyszła”.

Jest gorąco. Chwilę odpoczywamy przy berber whisky - tym razem mamy sobie sami ja posłodzić. Ale czy na pewno dwie kosteczki starczą? ;)

 

 

No i jedziemy na poszukiwanie wulkanizatora.

Rzeczywiście - jest jakiś garaż obwieszony oponami. Próbuję sie dogadać na migi, pokazuję oponę, wentyl, robię psss… Nikt nie kuma. No to biorę wiszącą na ścianie końcówkę kompresora - i jak tylko zakładam ją na wentyl, to wiem, że z tej mąki chleba nie będzie… Manometr na wpół pustej oponie pokazuje 3Atm - taaaaa…. :D Coż - pompuję “na oko” oponę, aż przestaje się uginać.

Merci - i lecim dalej.

Po kilku km asfaltu zjeżdżamy w końcu na hamadę!

 


Jestem tak podekscytowana, że przy pierwszej lepszej okazji “witam” się z nią całym ciałem :D i DRka również ;) Zaliczamy paciaka przy nawrotce - okazuje się, że twarda i stabilna jest tylko droga, a wszystko poza nią, pozornie wyglądające podobnie, jest miękkim grubym piachem - przednie koło lekko się zagrzebuje, tracę rozpęd i z gracją glebię do wewnętrznej :D

Po kawałku płaskiego wspinamy się na jakieś zbocze. Kurde - ciężko! Wąska ścieżka po kamieniach. Jestem coraz bardziej zmęczona, spocona, zdyszana, wypompowana…

Odpoczywamy chwilkę za małą przełęczą, a później zjazd z dół.

Zjeżdżam na luzie [psychiczno-fizycznym, nie tym w motocyklu :)] i dojeżdżam do jednego z licznych zakrętów - nagle orientuję się, że to właśnie to miejsce, o którym rano ostrzegał Kajman [jako o największym utrudnieniu na dzisiejszej trasie]. Zbliżam się zbyt prędko, aby się zatrzymać i zastanowić się jak toto przejechać. Nie mam nawet czasu, aby siąść bliżej baku. A przede mną wysokie na jakieś 30cm, nieregularne skalne uskoki. Jeden po drugim. Wszystko byłoby na lajtowo, gdyby nie fakt, że znajdują się akurat na zakręcie w dół  - operowanie gazem musi być subtelne. Jestem świadoma, że o jakimkolwiek podparciu się nogą nie ma mowy - motek pochylony do przodu, prześwit na nierównościach za duży. Więc tylko w głowie sobie powtarzam: nogi na podnóżkach, oddychaj, nogi na podnóżkach, powoli, oddychaj, nie hamuj, nie panikuj, za wolno - lekki gaz, nogi na podnóżkach…

Udało się :P

Jedziemy niżej i niżej - chwilami droga wjeżdża do wyschniętego koryta rzecznego - czegoś, co “kocham” najbardziej. Głębokie, miękkie podłoże z grubego żwiru z otoczaków prawie mnie pokonuje i wysysa masę sił.

Pojawiają się wioski. Dojeżdżamy do pierwszych gajów palmowych. Do Zagory mamy jeszcze z 80 km po płaskiej, kamienistej, rozgrzanej słońcem ciemnej hamadzie.

Mam co chciałam :D

 

 

Opona zachowuje się nieco lepiej, więc mogę jechać szybciej. Szczególnie, że jest płasko jak stół. I twardo. Podoba mi się :) Gdyby tylko nie było tak strasznie gorąco.

Nagle rozgałęzienie, zerkam na nawigację, czy dobrze skręciłam, podnoszę wzrok… i mam jakieś 2 sekundy na zorientowanie się, że droga gdzieś znika. Odruchowo wciskam hamulce na ułamek sekundy - i już lecę w dół.

Jakieś 0,25sek później i 1,5 metra niżej, przednie koło uderza ponownie o skalistą hamadę, zawieszenie się kompresuje, prawie zrywa mi paski z narzędziówki na błotniku - pion jednak utrzymuję i szybko oddalam spod uskoku, aby Wiesiek mi nie wskoczył na plecy. Ale on, widząc, że nagle znikam z pola widzenia, miał więcej czasu na zwolnienie i przejechanie progu z gracją. Ja po prostu z niego zleciałam ;)

Kończą się kamienie, a zaczyna płaska jak stół, twarda powierzchnia. Genialna.

 

 

Pędzimy przed siebie kierując się na widoczne w oddali miasto… Nawet czwórkę wrzucam ;)

Jeszcze chwilka i już kluczymy po wąskich zapiaszczonych dróżkach wśród gajów palmowych Zagory. Dojeżdżamy do hotelu. Jestem przegrzana słońcem i wykończona. Znów mnie wszystko boli - najbardziej, jak co wieczór, doskwierają uciśnięte rzepki. Zwlekam się z moto i z wdzięcznością przyjmuję od chłopaków z DRZetek zimne piwo. Smakuje jak rzadko. Zmywam z siebie kurz i pot. I idziemy na kolację na miasto. Oni tradycyjnie mięcho, ja omleta :) W chłodzie wieczora powoli odzyskuję siły.

Dobranoc!

--------------------------------------------------------------

 

Kolejny poranek. Zaczyna się skwar.

W końcu pamiętam o ciśnieniu w oponach :D Korzystam z kompresora jadącego w Kajmanowozie. Widzę, że mam jeszcze chwilkę czasu, więc zrzucam kierownicę i na szybko sprawdzam czy nie trzeba dokręcić nakrętki, która fiksuje główkę ramy. W DRce ma tendencję do samoistnego luzowania się - a na tych setkach kilometrów wertepów miała okazję.

Ale nie… wszystko ok :)

Zanim wyjedziemy z miasta zahaczamy jeszcze o serwis KTMa, gdzie było prostowane koło z 1190. “Serwis” to urocza i ciasna kanciapa :) Każdy z nas dostaje “naklejkę mocy” - moja ląduje na baku…

Zrobiłam dokładny wywiad z Kajmanem i mniej więcej wiem czego się spodziewać - miasteczka, długie proste, 2-3 razy zahaczamy o wzgórza i tam może być nieco trudniej. Ale najważniejsze - żadnych piachów i żadnego koryta rzeki!!!

 

 

No to ruszamy.

Początkowo kluczymy po wąziutkich “uliczkach” w Zagorze. Wąska dróżka co kilkadziesiąt metrów łamie się pod kątem prostym. Biegnie wśród zabudowań i wysokich murków. Pokryta jest drobnym zwirkiem. Nijak sie rozpędzić, nijak wejść szeroko w zakręt, bo po prostu widoczność jest kiepska.

W końcu dość kręcenia się - wjeżdżamy na hamadę! I pyrkamy. Temperatura rośnie. Czasem zatrzymujemy się na uzupełnienie płynów, ale wówczas żar uderza ze zdwojona siłą.

Co jakiś czas przejeżdżamy przez miasteczka, gdzie droga kręci się ślepymi zakrętami.

Na jednym z tych w prawo, wyjeżdżam sobie lajtowo szerokim łukiem [bo przecież ślisko na sypkim] i lecę sobie lajtowo na czołówkę z jakąś osobówką… Jak zawsze w takich momentach mnie paraliżuje i mam ochotę zamknąć oczy ;) Zmieniam kierunek właściwie siłą woli, jakims cudem mijam go z prawej… Brakło jakichś 20cm do kraksy.

Od tej pory przed każdym ślepym zakrętem zwalniam i jade przyklejona do zewnętrznej.

Upał męczy coraz bardziej. Czuję się niezbyt komfortowo. W końcu przystajemy w jakiejś spokojnej oazie. Dziwnie wygląda zbiorowisko drzew palmowych i zieleni w środku skalistego niczego. Co ważne - pośrodku oazy panuje specyficzny mikroklimat. Powiewa chłodem. Śpiewają ptaszki…posilamy się batonem.........

Po ochłonięciu wsiadamy na motocykle i znów ruszamy do piekarnika.

Po minięciu Agdz wjeżdżamy na offa. Pamiętam z “odprawy”, że ten kawałek drogi był kiedyś zmyty i może być “różnie”.

Momentami właściwie nie ma klasycznej “drogi”, tylko jedziemy po płaskich, ciemnych skałach. Tak plus minus wg tego co pokazuje nawigacja. Potem pojawia się kamienisty szuter, którym zjeżdżamy w dół doliny...

Do rzeki…

Albo raczej tego co z niej zostało po wyschnięciu… do koryta…

Wkurzona zaciskam zęby i jadę po mojej “ukochanej” nawierzchni. Ale nic to… bo w tym pieprzonym korycie są łachy pieprzonego piachu. Jakoś się stamtąd wygrzebuję.

I po przejechaniu wioseczki - mała nagroda - piękny, delikatny szuterek :D

Na koniec dnia czeka na nas kilkadziesiąt kilometrów asfaltu. Myślę o nim z niechęcią, ale gdy pokonuję kolejne winkle na mojej twarzy pojawia się banan.

Jedziemy w górę po idealnej lekko szorstkiej nawierzchni, droga wspina się na przełęcz kapitalnymi, ciasnymi zakrętami. Jest cudownie :) Bawię się jak  w wesołym miasteczku na rollercoasterze :D

No a potem już prawie prosta droga do Quarzazat… nudy…

Dojeżdżamy do hotelu - szybko ogarniamy się i jedziemy do centrum na jakąś przekąskę. Potem włóczę się po suku… Nabywam “skarby Maroka” - olejek arganowy, glinkę ghassoul, daktyle, biżuterię [... Mimo stosunkowo późnej pory miasto tętni życiem.

W drodze powrotnej poznajemy różnicę między petit taxi, a grande taxi - tylko te drugie jadą na drugą stronę rzeki, gdzie jest nasz hotel.

Jest noc, ale temperatura wcale nie spadła. Jest gorąco i duszno. W hotelu ulgę przynosi włączona klima, ale mimo wszystko nie śpię zbyt dobrze tej nocy…

 

_______________________________________________

 

Kurcze - to już ostatni dzień naszej marokańskiej przygody :(

Przed nami dojazd do Marakeszu - jakieś 200km asfaltu, ale można zrobić offowy odcinek specjalny. Dla mnie oczywistym jest, że szkoda byłoby przepuścić ostatnią okazję, na to, aby zjechać z czarnego.

No ale reszta ma inne preferencje :)

Chłopaki z DRzetek i 1 190 wstają bladym świtem i około 7 ruszają w stronę Marrakeszu. Zamierzają być tam ok. południa. Hmmm…

Ja śpię dłużej, a śniadanie jemy z Kajmanem i Wieśkiem w bardziej ludzkiej porze. Potem ruszamy. Jest trochę pochmurno, nie za gorąco.

Niestety tym razem nie zobaczę burzy piaskowej - będzie trzeba tutaj wrócić :(

Po kilkunastu kilometrach Wiesiek postanawia jechać asfaltem. A ja chcę jeszcze jeden, ostatni raz usłyszeć ten charakterystyczny chrzęst opon na szutrze, za którym będę tęsknić...

 

Więc się rozdzielamy. Jeszcze melduję się Kajmanowi, aby w razie "W" wiedział gdzie mnie szukać.

Skręcam w lewo…

Wprawdzie ciągle po asfalcie - na dodatek przejeżdżam przez tereny jakiejś kopalni [?]. Wszystko wokół pokryte jest czarnym śliskim pyłem, a dziwny zapach podrażnia nozdrza.

Ale gęba i tak uchachana od ucha do ucha.

W końcu po kilkunastu klometrach, gdy powoli trace nadzieję, kończy się asfalt, a zaczyna…

Lajtowy offik :)

Znów sobie pyrkamy z moją dzielną DRką po przyjemnym szuterku, biegnącym po stromym zboczu w moim ulubionym kolorze Maroka. Towarzyszy mi linia energetyczna, co świadczy o tym, że do cywilizacji nie jest daleko :)

Trasa, zgodnie z tym co mówił Kajman, nie jest trudna :)

Zatrzymuję się na odludziu, aby zrobić kilka zdjęć.

W końcu droga schodzi do doliny z oazą. Klasycznie - ludzie mieszkają na gołych skałach w prażącym słońcu - cień jest zbyt cenny, aby go marnotrawić, wykorzystuje się go pod uprawy. Trochę odwrotnie niż u nas.

Jeszcze jeden przejazd przez góry i już widzę na garminie, że zbliżam się do asfaltu.

Marokańskie szutry żegnają mnie przepięknym widokiem na kolorowe góry.

W klatce piersiowej czuję gniecenie, oddech się spłyca - będę tęsknić…

A potem…

... żar z nieba, gorąc od asfaltu, wleczące się śmierdzące autobusy, ciężarówki, ciągnące się w nieskończoność zatłoczone serpentyny, dzieciaki najpierw wyciągające ręce, a potem rzucające kamieniami, mężczyźni wchodzący pod koła w celu zaoferowania sztucznych gniazd z kryształami we wściekło jaskrawych odcieniach czerwieni i błękitu…

Wraz ze żółwio mijającymi kilometrami i minutami rośnie mój poziom frustracji… w końcu irytacja zamienia się w agresję…

Rany Julek - niecierpię tego!

Tęsknię za bezkresnymi pustkami. Marzę, aby być w środku niczego…

No ale niestety. Wszystko co dobre, szybko się kończy.

Im bliżej Marakeszu, tym lepiej.

Znów się wpasowywuję w porywający,  nieco wariacki ruch. Dokucza tylko upał…

Gdy dojeżdżam na kemping inne motki są już ładowane na przyczepę.

Szybko się przepakowywuję, Wojtek pomaga zapakować moje moto na przyczepkę [dzięki!] i po raz ostatni idę zmyć z siebie całodzienny pył, który dostaje się wszędzie, plącze włosy, wysusza skórę i powoduje zapychanie otworów nosowych :)

Czuję się jak nowonarodzona :)

 

W sumie to tyle.

Podobało mi się :)

 

We wtorek o świcie motorek parkuje pod moim domem. Zrzucamy DRkę, jeszcze tylko szybka herbata, uścisk dłoni…

 

Mój mózg ciągle przetwarza informacje z Maroka.

Afrykańskie krajobrazy, kamieniste ścieżki, łagodne szutry, strome zbocza górskie śnią mi się przez kilka tygodni, noc w noc.

 

Ja chcę jeszcze i jeszcze!

  • 001_Maroko_kwiecien_14
  • 01_Maroko_kwiecien_14
  • 02_Maroko_kwiecien_14
  • 03_Maroko_kwiecien_14
  • 04_Maroko_kwiecien_14
  • 05_Maroko_kwiecien_14
  • 06_Maroko_kwiecien_14
  • 07_Maroko_kwiecien_14
  • 08_Maroko_kwiecien_14
  • 09_Maroko_kwiecien_14
  • 10_Maroko_kwiecien_14
  • 11_Maroko_kwiecien_14
  • 12_Maroko_kwiecien_14
  • 13_Maroko_kwiecien_14
  • 14_Maroko_kwiecien_14
  • 15_Maroko_kwiecien_14
  • 16_Maroko_kwiecien_14
  • 17_Maroko_kwiecien_14
  • 18_Maroko_kwiecien_14
  • 19_Maroko_kwiecien_14
  • 20_Maroko_kwiecien_14
  • 21_Maroko_kwiecien_14
  • 22_Maroko_kwiecien_14
  • 23_Maroko_kwiecien_14
  • 24_Maroko_kwiecien_14
  • 25_Maroko_kwiecien_14
  • 26_Maroko_kwiecien_14
  • 27_Maroko_kwiecien_14
  • 28_Maroko_kwiecien_14
  • 29_Maroko_kwiecien_14
  • 30_Maroko_kwiecien_14
  • 31_Maroko_kwiecien_14
  • 32_Maroko_kwiecien_14
  • 33_Maroko_kwiecien_14
  • 34_Maroko_kwiecien_14
  • 35_Maroko_kwiecien_14
  • 36_Maroko_kwiecien_14
  • 37_Maroko_kwiecien_14
  • 38_Maroko_kwiecien_14
  • 39_Maroko_kwiecien_14
  • 40_Maroko_kwiecien_14
  • 41_Maroko_kwiecien_14
  • 42_Maroko_kwiecien_14

Simple Image Gallery Extended