Realizacje

Powyżej przedstawiamy zdjęcia wraz z krótkimi opisami zrealizowanych przez nas wypraw.

Niektóre wyjazdy jak np. do Maroka czasami przedstawiane są w zbiorczym opracowaniu ze względu na duża częstotliwość wyjazdów (ok. 4 razy do roku). Jako osobne opracowania przedstawiane są relacje z nowych miejsc, które udało się nam przejechać. 

 


 Dookoła j. Wiktorii (Uganda, Rwanda, D.R. Kongo, Tanzania, Kenia) 2016

 

 

Poniżej tekstu umieszczono pełną galerię ze zdjęciami

 

Trasa wyprawy:

4 tygodnie, 3 800 km, 5 państw  (Uganda, Rwanda, D.R. Kongo, Tanzania, Kenia)

 

Autorami zdjęć są uczestnicy wyprawy:

Przemek D., Krzysztof K., Elżbieta K., Jola K. Dariusz K.,  oraz autor poniższego tekstu

 

6.02.2016

Po ponad półrocznych przygotowaniach wreszcie wylot do Entebbe w Ugandzie – via Dubaj.

Pierwsze wrażenie po przylocie i wyjściu z samolotu na płytę lotniska – gorąco i wilgoć, może nie taka jaka bywa w Bangkoku, ale na pewno większa niż w Namibii.

Tego dnia część ludzi wybrała się łodziami na jezioro Victorii. Główną atrakcją są …trzewikodzioby…

Wieczorem przygotowania do wyjazdu z Entebbe, odebranie samochodów, załatwienie reszty spraw z płatnościami.

 

7.02.2016

Pobudka o 6:30

Pakujemy samochody.

Udaje nam się wyjechać koło 9:00, ale po drodze jeszcze zakupy w centrum handlowym. Przed nami ponad 300 km i to niełatwej drogi, dlatego dojechaliśmy na nocleg dopiero o 18:30 do Kibale Forest.

Głównie „off”, omijamy również Kampalę skrótem poprzez wioski, gdzie raczej turyści się nie zapuszczają.

 

8.02.2016

Dzisiaj „idziemy na szympanse”. Pobudka przed wschodem słońca o 5:00. Śniadanie i jedziemy ok. 10 min. samochodem, na miejsce zbiórki, skąd rangersi zabierają grupy. Część grupy idzie na tzw. pełny dzień, część na ½ dnia.

Ok. 15:00 spotykamy się wszyscy razem w campie rangersów. Czas jechać dalej. Dzisiaj docieramy w okolice Kasese, skąd jutro idziemy na trzydniowy trekking w góry Rwenzorii.

Postanawiamy znowu jechać offem, przy okazji mamy sposobność zobaczenia Ugandy od innej strony niż większość turystów all inclusive ;). Jedziemy szczytami gór (Uganda to prawie same góry), przez wioski. Droga czasami jest nie dużo szersza od ścieżki dla małego wózka.

Dzisiaj nocleg w hostelu.

 

9.02.2016

Dzisiaj trzydniowy trekking w góry Rwenzori (istnieje również pisownia Ruwenzori).

Góry te znane są również pod nazwą - Góry Księżycowe – nazwane tak przez Ptolemeusza ok II w n.e. 

 

Ok 8:00 wychodzimy, wcześniej śniadanie, odprawa, niektórzy biorą dodatkowych tragarzy.

Początkowo trasa nie jest bardzo wymagająca, jedynie upał daje się we znaki. Potem, gdy wchodzimy w las, jest trochę lepiej. W godzinach popołudniowych, a może to związane jest też z wysokością, zaczyna padać deszcz … taki typowo tropikalny. Pada pół godziny, pół godziny przerwy, potem znowu pada.

Doczłapuję do kampu. Jestem, jak wszyscy pozostali, dosyć zmęczony. Szybko trzeba zmienić koszulę na suchą, aby się nie przeziębić bo wbrew pozorom (mimo że to prawie równik) jest chłodno, a człowiek rozgrzany, spocony.

Ekipa tragarzy przygotowuje naprawdę smaczny obiad.

 

10.02.2016

7:30 śniadanie. Wymarsz w dalszą drogę … w górę. Wciąż się wspinamy. Najwyższy punk jest na wysokości ponad 3 500 m n.p.m.

Widoki tego dnia są urzekające, coś niesamowitego. Właśnie dla tych widoków warto się pomęczyć i wyjść tutaj. Gdy przekraczamy las bambusowy, zaczyna się tropikalny las spowity nieustanną mgłą. Spotykamy tutaj rośliny które u nas hodujemy w doniczkach, a tutaj występują jako gigantyczne okazy. Jedną z ciekawszych jest Lobelia.

Tym razem schodzę do obozu położonego na 3 100 m n.p.m. dosyć zmęczony i niestety z przemoczonymi butami. Skarpetki na zmianę mam, gorzej z butami. Pożyczam od przewodników buty gumowe, które pozwalają ściągnąć mokre buty i trochę ogrzać stopy.

 

Wieczorem jak zwykle smaczny posiłek przygotowany przez tragarzy, ale jakoś tego dnia nie mam smaku do jedzenia, pewnie daje znać zmęczenie i przemoczone obuwie.

 

11.02.2016

Jak zwykle 7:30 śniadanie. Buty wciąż mokre (za duża wilgoć tu na górze, aby wyschły przez noc). Biorę reklamówki, wkładam do nich stopy, a potem dopiero buty i tak wychodzę z obozu w drogę powrotną. Początkowo naprawdę jest ostro w dół. Na szczęście zmniejsza się również wysokość na jakiej jesteśmy, a to powoduje że większość z nas od razu czuje się lepiej. Jest cieplej i sucho. Buty wysychają po 2 godzinach więc mogę pozbyć się reklamówek.

Późnym popołudniem wracamy do wsi gdzie zostawiliśmy samochody i gdzie robimy sobie obiadokolacje.

 

12.02.2016

Jedziemy do Queen Elizabeth NP. To raptem ok. 50 km. Po drodze mijamy równik. Tym razem droga jest już w pełni asfaltowa. Sam dojazd do kempingu nad Kanałem Kazinga, łączącym jezioro Jerzego z jeziorem Edwarda jest już typowo offowy, a kemping to… bajka. W dobrym, starym, kolonialnym stylu ;)

W nocy trzeba uważać idąc do toalety, aby nie „wpaść” na hipopotamy, które wychodzą z pobliskiego kanału na żer, a żyje ich w tym kanale kilka tysięcy :). Ja miałem w nocy takiego jednego koło namiotu.

A wcześniej podziwiałem jak równo jest przystrzyżona trawa nad kanałem… teraz się wyjaśniło… hipcie wykonują tę robotę.

 

13.02.2016

Zostajemy tutaj na dwa dni. Rano, przed świtem, śniadanie, tak aby w miarę wcześnie wyjechać na safari po parku. Wiadomo że na fotograficzne safari najlepiej wybierać się o wschodzie słońca.  Światło jest odpowiednie, a i zwierzyna wtedy najbardziej aktywna. Potem gdy słońce zaczyna przygrzewać to nikomu, nawet zwierzętom nie chce się szwendać po sawannie.

 

Na terenie parku można spotkać solniska – są to słone jeziora, podzielone na małe poletka. Z powodu wysokiej temperatury woda odparowuje z jeziorek, a na ich powierzchni oddziela się warstwa soli, która następnie jest zbierana. Te kopczyki, które widać na zdjęciach to właśnie taka sól – która potem jest przetwarzana.

Po południu organizujemy rejs po kanale Kazinga, skąd można obserwować zwierzęta 

 

14.02.2016

02.2016Wczesne śniadanie – 6:30. Dzisiaj dosyć długa droga… może nie długa pod względem km ale czasu jaki trzeba poświęcić na jej pokonanie. Najpierw, do godziny 12:00, jedziemy przez park QE nadal podziwiając zwierzęta. Potem  dosyć krętymi i w zasadzie prawie cały czas offowymi drogami do Bwindi N.P. Musimy przejechać dookoła, a częściowo przez Nieprzenikniony Las Bwindi – tak brzmi oficjalna nazwa tego lasu i parku narodowego.

 

Droga jest wymagająca zarówno dla kierowców jak i naszych, dosyć obładowanych samochodów.

Pod koniec drogi okazuje się, że jej fragment jest nieprzejezdny co powoduje że musimy nadłożyć prawie 70 km i tak na nocleg docieramy ok. 18:30, na szczęcie jeszcze przed zachodem słońca.

 

15.02.2016

Dzisiaj kolejna atrakcja tego wyjazdu - idziemy tropić/podglądać dziko żyjące Goryle Górskie. Jest ich ok 700 szt. na cały świcie (w tym konkretnym parku ok. 350 osobników). Dziennie może wejść do parku tylko 70 osób dlatego rezerwacji dokonaliśmy już w maju 2015 r.

Najpierw, bladym świtem, jedziemy do kwatery rangersów, gdzie mamy odprawę. Zostajemy podzieleni na 8-mio osobowe grupy, które z przewodnikiem udają się do parku. Każda grupa idzie w inny rejon, tak aby wyśledzić inną rodzinę goryli. Wędrówka przez las jest dosyć wyczerpująca… wysokość n.p.m., wilgotność. Pod koniec wręcz przedzieramy się przez gęstwinę leśną, drogę toruje maczetą przewodnik. W pobliżu goryli wolno przebywać tylko godzinę – aby nie przeszkadzać im w codziennym życiu.

Coś niesamowitego – momentami jesteśmy może 2-3 metry od niektórych osobników – oczywiście nie silverback – ten trzyma się na odpowiedni dystans i wszystko kontroluje. Kilka razy dał nam do zrozumienia, że jesteśmy za blisko – na szczęście rangersi wiedzą na ile możemy sobie pozwolić, jak blisko podejść.

 

16.02.2016

Ostatnie dni były dosyć intensywne jeżeli chodzi o atrakcje. Jedziemy odpocząć nad jezioro Bunyoni, na którym znajduje się szereg wysp z ładnymi ośrodkami wypoczynkowymi. Po drodze zahaczamy jeszcze o Kabale – takie typowe miasto Ugandyjskie.

Do miejsca gdzie mamy nocleg musimy dopłynąć łodzią. Samochody zostawiamy nad brzegiem jeziora i zamieniamy chwilowo środek transportu na łódkę.

Sam ośrodek to….. ale, może sami oceńcie na podstawie zdjęć.

Mieliśmy zostać tu dwa dni – niestety musimy wyjechać po jednym ponieważ wejście na wulkan jakie mamy przewidziane w Kongo przesunęło się o jeden dzień do przodu.

Szkoda …..

 

17.02.2016

Niestety musimy opuścić Bunyoni. Potem przez Kisoro – gdzie robimy zakupu i tankujemy do pełna (paliwo tańsze w Ugandzie niż w Rwandzie) – jedziemy do granicy z Rwandą.

Samą granicę przekraczamy bez większych problemów czy kolejek i nie ma majfrendów – jak w zachodniej Afryce.

Wyjeżdżając z posterunku granicznego musimy pamiętać o zmianie strony, po której się poruszamy (w Ugandzie lewostronny ruch, a w Rwandzie prawostronny).

Dzisiejszy nocleg w Gisenyi na pograniczu z Kongiem.

 

Uganda boryka się z problemami z dostawą prądu – zdarza się że tankowanie na stacji benzynowej odbywa się za pomocą ręcznej pompy.

 

18.02.2016

Rano jak zwykle wczesna pobudka o 8:30 musimy być po drugiej stronie granicy – w Kongo. Tam ma nas odebrać samochód firmy, która organizuje wejście na wulkan. Z hostelu – co prawda to ok. 1 km do granicy, ale bierzemy taksówkę. Samochody zostawiamy w Rwandzie na terenie hostelu. Bierzemy tyle bagażu, aby przeżyć dwa dni. Tutaj jest inaczej niż w Rwenzori. Wszystko trzeba sobie samemu zapewnić picie, jedzenie itd.

Oczekiwanie na wizę to prawie godzina, ale wyrabiamy się można powiedzieć na styk.

Potem jeszcze kilka formalności związanych z wejściem na Nyiragongo, niektórzy zatrudniają tragarzy do niesienia plecaka i pod ochroną trzech rangersów (uzbrojonych) idziemy.

Mamy tego dnia do pokonania prawie 1 400 m w pionie. Nocleg na koronie wulkanu wypada prawie 3 500 m n.p.m.

Samo końcowe podejście jest doooosyć strome. Pomimo że to jednodniowe podejście mam wrażenie, że daje bardziej w kość niż 3 dni w Rwenzori, a może to był gorszy dzień?

 

Goma – o ile się nie mylę, w 2002 roku była zniszczona przez wulkan, stąd ten ponury szaro-czarny kamienisty krajobraz.

 

Docieramy do kwatery rangersów, trochę papierowej roboty, zebranie grupy – dołączają do nas Szwajcar, Australijka (która wygląda jak Chinka),  Francuska i Włoch

 

No i sam krater gdzie buzuje lawa, szczególnie w nocy świetny widok.

To stratowulkan– jedną z jego cech jest duuuża stromizna czyli kąt nachylenia zbocza.  

 

19.02.2016

Świt. Jest zimno, człowiek zdrętwiały, a tu trzeba zapakować swoje rzeczy.
Zaczynamy schodzić. Byle zejść z tej największej stromizny. Dla niektórych zejście jest gorsze niż wyjście, nie wytrzymują nogi, mięśnie nóg.

Od połowy drogi dopada nas deszcz, taki lekki kapuśniaczek, ale jednak …. pada i pada, towarzyszy nam prawie do samego obozu znajdującego się  2 000 m n.p.m.

W obozie czekamy na transport, który podwozi nas do granicy. Potem jeszcze spacer do hostelu.

Uff – jesteśmy wykończeni.

 

20.02.2016

Dzisiaj jedziemy do stolicy Rwandy – Kigali. Bez pośpiechu, ok. 200 km. Trzeba wiedzieć, że Rwanda to …. góry, góry i … góry. Wyjeżdżamy serpentynami na ponad 2 500 m n.p.m., to znowu zjazd do 1 500 m. i tak całą drogę.

 

Po drodze zaopatrujemy się w herbatę przy jednej z plantacji – herbata i kawa stanowią dużą część eksportu i upraw w Rwandzie.

 

21.02.2016

W Kigali zostajemy dwa dni. Jestem wręcz zauroczony tym krajem i tym miastem. A klimat… jest tak jak u nas w maju w słoneczny dzień zaraz po burzy. Powietrze jest rześkie i ciepłe.

Teraz może kilka słów o Rwandzie. Rwanda kojarzy się ludziom głównie z jednym – wojną i rzezią jaka była tu w latach 90-tych. Rwanda tymczasem zaskakuje… i to zaskakuje na „plus”. Pierwsze co się rzuca w oczy to to, że mimo iż jest biednie to jest bardzo czysto. Nie ma śmieci wzdłuż dróg, koło domów, jak to bywa w większości państw Afryki północnej czy zachodniej. Już w Tanzanii czy Kenii śmieci stanowią stały wystrój pejzażu. Tutaj jest ustawowy zakaz używania tzw. reklamówek jednorazowych, a zakupy pakuje się do papierowych toreb.

Zwróćcie uwagę na jedno ze zdjęć – goście kopią rów przy chodniku, ziemię odkładają na chodnik, ale na chodniku jest rozłożona folia, aby nie niszczyć bruku. Na ulicy, chodnikach czy trawnikach zero śmieci. Drogi, nawet te poza miastem, są dobrze utrzymane, czyste, rowy wzdłuż ulicy wyczyszczone. Pewnie, że asfalt jest tylko na głównych drogach … ale pamiętajmy że jest to jedno z biedniejszych państw Afryki.

 

22.02.2016

Wyjazd z Kigali – cel dzisiejszego dnia to Tanzania. Przed nami dwudniowy dojazd do Ngorongoro w Tanzanii. Tą część traktujemy jako „przejazdową”. Oczywiście jest ona również ciekawa, pozwala poznać inną Tanzanię, niż ta która widzą turyści przylatujący do Arushy, obwożeni po parku, a potem z powrotem do Arushy i w samolot. I tyle widzieli z Tanzanii. Podobnie jest w Kenii.

Droga do Tanzanii po stronie Rwandyjskiej to bardzo dobry asfalt i jest trochę mniej kręta niż w pozostałej części kraju. Pojawiają się policjanci z radarami. Jest sporo ciężarówek. Droga ta jest jedną z głównych tras transportu towarów z wybrzeża (z portów) do Rwandy i Kongo.

Na granicy odprawa po stronie Rwandy – szybko, sprawnie. Za to po wjechaniu na stronę tanzańską… no cóż… jak u nas za dawnych czasów na wschodzie. Odprawa paszportowa to jeszcze spoko, ale celna (musimy zgłosić samochody do tymczasowej odprawy) to inna bajka. Jeden celnik dłubie w nosie, dwóch o czymś leniwie rozmawia, trzeci udaje że jest czymś baaardzo zajęty. Na nasze sugestie, że może któryś by wypisał odpowiednie dokumenty, niezmiennie pokazują na inne okienko gdzie oczywiście nikogo nie ma. I tak spędzamy 2 godziny. Masakra.

Po wyjechaniu z posterunku granicznego  rzuca się w oczy spora różnica pomiędzy Tanzanią a Rwandą. Przez pierwsze 100 km mieliśmy szczęście, że jechaliśmy terenówkami. Droga była podobna do tej na Ukrainie, za przejściem granicznym w Krościenku. Tyle że te dziury były wielkości samochodu!  Poza tym… sporo śmieci wzdłuż drogi.

Wieczorem następne zaskoczenie – większość ludzi słabo lub wcale nie mówi po angielsku. Hmmm spodziewałem się, że jako była kolonia angielska…

I jeszcze jedna ciekawostka – co jakiś czas, gdy pojawia się zakaz lub ograniczenie na drodze w krzakach czają się policjanci z radarem.         

 

Jak zapamiętamy Tanzanię? 1 - policjanci z radarami, 2 - często łapiemy kapcie.

 

23.02.2016

Jedziemy nadal przez Tanzanię. Na nocleg zatrzymujemy się ok. 100 km przed Ngorongoro. Chcemy wjechać do parku następnego dnia po południu.

 

24.02.2016

Do południa dojazd do bram parku. W pobliskim miasteczku załatwienie formalności wjazdowych – opłaty trzeba dokonać w banku. Nie ma możliwości płacenia w biurze, przy bramie wjazdowej. Opłaty ….masakra

- wjazd za samochód – 40 $ (pod warunkiem, że waży poniżej 2 ton – waga z dowodu rejestracyjnego)

- od osoby 50 $

- za to, że możesz rozbić namiot 30 $ od osoby

- za możliwość wjechania do krateru – 200 $/samochodu – na 6 h.

 

To wszystko na 24 h. Kemping – to kawałek placu z zimnym prysznicem i kiblem na narciarza.

Lodge lub inne noclegi to cena po 300-500 $/os., a bywają i po 1 500 $.

W porównaniu do tego co zastaliśmy na miejscu Namibia wydaje się być za półdarmo, a standard usługi – to tak jakby porównać standard kempingu na Ukrainie z tym w Norwegii.

 

Przy bramie grasują gangi pawianów – trzeba uważać bo kradną wszystko co się da.

 

25.02.2016

Pobudka przed świtem. Do krateru chcemy wjechać wraz z pierwszymi promieniami słońca.

Ok. 12:00 wracamy z powrotem do obozu. Pakowanie i trzeba jechać w stronę Serengeti. Te dwa parki (tak naprawdę Ngorongoro nie jest Parkiem Narodowy) graniczą ze sobą. Odległości są wielkie, bo do bramy docieramy ok 16:00. Po drodze mijamy wioski Masajów.

 

Ciekawostka  - w kraterze Ngorongoro nie ma żyraf, za to żyją na obrzeżu. Teoria jest taka, że z powodu budowy nóg, nie są wstanie zejść po stromiźnie do krateru.

 

No i wioski masajskie. Oczywiście pierwsze co robi napotkany Masaj to wyciąga rękę po „ten dolars”. A już nie daj boże jak zrobisz zdjęcie jemu lub wiosce …. goni Cię mało klapek nie gubiąc. A tak w ogóle to jedna wielka cepelia.

 

Wjazd do Serengetii – następne zdzierstwo:

- samochód 40 $

- od osoby 60 $

- kemping 30 $

 

26.02.2016

Pobudka wcześnie rano. Do południa zamierzamy „pojeździć” po Serengeti, a potem trzeba jechać w stronę północnej bramy, aby wyjechać przed 16:50 – bo wjazd mamy wykupiony na 24 h.

Podczas śniadania pojawia się złodziej w obozie – pawianowi udało się ukraść cały  worek z chlebem.

Potem jazda do pobliskiego hmmm jak to nazwać… niby centrum, stacja benzynowa, siedziba rangersów… w każdym bądź razie mamy nadzieje załatać tam kapcia, którego złapaliśmy  poprzedniego dnia.

 

Rangersi właśnie znaleźli samotnego – podobno dwutygodniowego słonika więc go przygarnęli. Mówili, że dadzą radę go wykarmić.

 

Serengeti jest naprawdę ogromne. Z jego centralnego punktu do bramy wjazdowej jest ok. 4 godziny jazdy. Droga nie rozpieszcza. Mniej więcej połowa to tarka, po której naprawdę ciężko się jedzie.

Do bramy docieramy o 16:30. Serengeti to….morze sawanny (traw), gdzie trzeba się sporo najeździć aby znaleźć zwierzęta.

Każdy z nas spragniony był już asfaltu, na którym trochę można odetchnąć. Poza tym po dwóch dniach biwakowania pod namiotem, gdzie toalety i prysznice nie należały do luksusowych, chcieliśmy trochę doprowadzić się do porządku szczególnie, że temperatura i kurz dawały się nam mocno we znaki.

Na nocleg docieramy nad jezioro Victorii do hotelu.

 

27.02.2016

Dzisiaj wjeżdżamy do Kenii.

Granica jak to granica. W przeciwieństwie do Ugandy czy Rwandy trafiają się już „majfrendy” od których trzeba się oganiać ale na szczęście są mniej natarczywi niż w krajach arabskich.

 

Po stronie kenijskiej, gość od spraw celnych sam nie wiedział jaki papier nam wypisać na samochody

w rezultacie podbił tylko pieczątkę z datą na dokumencie jaki mieliśmy z granicy tanzańskiej i powiedział, że to wystarczy. Hmmm, dziwne….. ale to Afryka, człowiek już nie jedno widział tutaj czy na wschodzie w Azji.

 

Nocleg w kolejnym mieście nad jeziorem Victorii – Kisumo – z tego co się orientuje to chyba trzecie co wielkości miasto w Kenii.

 

28.02.2016

Jedziemy dalej – byle do Ugandy.

O ile Tanzania kojarzyć się będzie z czającymi się w krzakach policjantami z radarami, o tyle Kenia to ….. progi zwalniające. No masakra… co zakręt, co mieścina – a w takiej mieścinie potrafi ich być sporo. Grupowo – po kilka, pojedynczo, niektóre wielkie, że mało terenówką człowiek się nie zawiesi, to znowu mikroskopijne. Ale mają jedną, wspólną cechę – wszystkie są niewidoczne, takie afrykańskie czary… jeśli nie jesteś czujny jak przysłowiowy grzechotnik to albo wylatujesz w powietrze wraz z samochodem albo urywasz zawieszenie.

 

Dojeżdżamy do granicy. Hmmm po stronie kenijskiej to taka „wschodnia” granica. Droga szutrowa, 5-cio kilometrowy sznur samochodów ciężarowych oczekujących na wjazd do terminalu. Droga wąska, gdy jadą samochody z przeciwka trzeba wykorzystywać rowy, lub pobliski nasyp… standard.

 

Za to po wyjechaniu z części kenijskiej i po przekroczeniu granicznej rzeki…. inny świat. Ruch uporządkowany, asfalt, krawężniki, brak tego chaosu.

Podjeżdżamy do budynku granicznego, w momencie gdy wysiadam z samochodu żołnierz witam mnie słowami „welcome home” – pewnie myślał że jestem rezydentem Ugandy bo samochody miały ugandyjskie numery rejestracyjne. Do odprawy, owszem, jest kolejka, ale jest jakaś uporządkowana, gość w okienku podbija pieczątki tak sprawnie…. Pracuje, a nie myśli o niczym.

 

Na noc zatrzymujemy się w fajnym ośrodku – jakieś 10 km za granicą.

 

29.02.2016

Jedziemy do Sipi Falls. Celem są wodospady Sipi, ale ten rejon znany jest również z uprawy kawy.

Na miejscu zatrzymujemy się na nocleg.

 

Do wodospadów idziemy z lokalnym przewodnikiem, a potem na przydomowe pola gdzie uprawiana jest kawa. W Ugandzie oprócz dużych korporacji, które skupują i same uprawiają kawę na skalę przemysłową, propagowana jest uprawa „przydomowa” i sprzedaż indywidualna. Często można spotkać przy drodze osoby sprzedające kawę ziarnistą. Mieszkańcy są zachęcani do takiej formy zarobkowania. Dzięki temu w zasadzie nie spotyka się ludzi żebrzących. Nie tak jak w krajach arabskich czy zachodniej Afryce, gdzie co kawałek można spotkać się z natarczywością w proszeniu o datek – typu „give me dirham” czy „give me dolar”.

 

A teraz uprawa kawy.

 

Sadzonki są pozyskiwane z krzaka już rosnącej kawy. Przez rok sadzonka rośnie w tzw. szkółce.

Potem jest przesadzana na pole.

Zielone ziarna kawy to kawa jeszcze niedojrzała, czerwone dojrzała do zbiorów.

Oddziela się czerwoną łuskę. Pozostaje ziarno – koloru szarego w takiej delikatniej osłonce koloru żółtego. Coś takiego jak u nas zborze. Ziarna umieszcza się w drewnianym wiaderku i tłucze kijem. Ziarna są tak twarde, że nie pękają, a dzięki temu oddziela się łuski od nich łuski.

Następnie oddziela się plewy od ziarna za pomocą …. wiatru, a ziarna praży.

Nasza kawa autentycznie pachniała. Cały proces wykonywaliśmy sami przy wsparciu miejscowych.

 

Kawa jest gotowa. Pakowana i sprzedawana. Przywiozłem jej „trochę” jest naprawdę pyszna. Dla znających się –  to Arabica.

 

Chcieliśmy na miejscu spróbować jak ta kawa smakuje. Należało ją więc „zmielić” czyli ubić za pomocą drewnianego kija. Parzenie odbywa się na sposób „arabski” – tzn. gotuje się wodę w dużym garnku, następnie wsypuje kilka kubków kawy, gotuje z 2 min. a następnie nalewa do kubków przez sitko – i gotowe.

 

30.02.2016

Następnego dnia wracamy do Entebbe, przez Kampale – hehe… dla nie znających realiów i klimatów miast wschodnich czy afrykańskich to może być ciekawe przeżycie.

Wieczorem oddanie samochodów, a w nocy samolot powrotny.

 

I to by był KONIEC.

 

 

  • 001_EastAfrica2016
  • 002_EastAfrica2016
  • 003_EastAfrica2016
  • 004_EastAfrica2016
  • 005_EastAfrica2016
  • 006_EastAfrica2016
  • 007_EastAfrica2016
  • 008_EastAfrica2016
  • 009_EastAfrica2016
  • 010_EastAfrica2016
  • 011_EastAfrica2016
  • 012_EastAfrica2016
  • 014_EastAfrica2016
  • 015_EastAfrica2016
  • 017_EastAfrica2016
  • 018_EastAfrica2016
  • 019_EastAfrica2016
  • 020_EastAfrica2016
  • 021_EastAfrica2016
  • 022_EastAfrica2016
  • 023_EastAfrica2016
  • 024_EastAfrica2016
  • 025_EastAfrica2016
  • 026_EastAfrica2016
  • 027_EastAfrica2016
  • 028_EastAfrica2016
  • 029_EastAfrica2016
  • 030_EastAfrica2016
  • 032_EastAfrica2016
  • 034_EastAfrica2016
  • 035_EastAfrica2016
  • 036_EastAfrica2016
  • 037_EastAfrica2016
  • 038_EastAfrica2016
  • 039_EastAfrica2016
  • 040_EastAfrica2016
  • 041_EastAfrica2016
  • 042_EastAfrica2016
  • 043_EastAfrica2016
  • 045_EastAfrica2016
  • 046_EastAfrica2016
  • 047_EastAfrica2016
  • 048_EastAfrica2016
  • 049_EastAfrica2016
  • 050_EastAfrica2016
  • 051_EastAfrica2016
  • 052_EastAfrica2016
  • 053_EastAfrica2016
  • 054_EastAfrica2016
  • 055_EastAfrica2016
  • 056_EastAfrica2016
  • 057_EastAfrica2016
  • 058_EastAfrica2016
  • 059_EastAfrica2016
  • 060_EastAfrica2016
  • 061_EastAfrica2016
  • 062_EastAfrica2016
  • 063_EastAfrica2016
  • 064_EastAfrica2016
  • 065_EastAfrica2016
  • 066_EastAfrica2016
  • 067_EastAfrica2016
  • 068_EastAfrica2016
  • 069_EastAfrica2016
  • 070_EastAfrica2016
  • 071_EastAfrica2016
  • 072_EastAfrica2016
  • 073_EastAfrica2016
  • 074_EastAfrica2016
  • 075_EastAfrica2016
  • 076_EastAfrica2016
  • 077_EastAfrica2016
  • 079_EastAfrica2016
  • 080_EastAfrica2016_
  • 081_EastAfrica2016
  • 083_EastAfrica2016
  • 085_EastAfrica2016
  • 086_EastAfrica2016
  • 087_EastAfrica2016
  • 088_EastAfrica2016
  • 089_EastAfrica2016
  • 090_EastAfrica2016
  • 091_EastAfrica2016
  • 094_EastAfrica2016
  • 095_EastAfrica2016
  • 096_EastAfrica2016
  • 097_EastAfrica2016
  • 098_EastAfrica2016
  • 099_EastAfrica2016
  • 100_EastAfrica2016
  • 101_EastAfrica2016
  • 102_EastAfrica2016
  • 103-2 EastAfrica2016
  • 103_EastAfrica2016
  • 104_EastAfrica2016
  • 105_EastAfrica2016
  • 106_EastAfrica2016
  • 107_EastAfrica2016
  • 108_EastAfrica2016
  • 109_EastAfrica2016
  • 110_EastAfrica2016
  • 111_EastAfrica2016
  • 112_EastAfrica2016
  • 113_EastAfrica2016
  • 114_EastAfrica2016
  • 115_EastAfrica2016
  • 116_EastAfrica2016
  • 117_EastAfrica2016
  • 118_EastAfrica2016
  • 119_EastAfrica2016
  • 120_EastAfrica2016
  • 121_EastAfrica2016
  • 122_EastAfrica2016
  • 123_EastAfrica2016
  • 124_EastAfrica2016
  • 125_EastAfrica2016
  • 126_EastAfrica2016
  • 127_EastAfrica2016
  • 128_EastAfrica2016
  • 129_EastAfrica2016
  • 130_EastAfrica2016
  • 131_EastAfrica2016
  • 132_EastAfrica2016
  • 133_EastAfrica2016
  • 134_EastAfrica2016
  • 135_EastAfrica2016
  • 136_EastAfrica2016
  • 137_EastAfrica2016
  • 138_EastAfrica2016
  • 139_EastAfrica2016
  • 140_EastAfrica2016
  • 141_EastAfrica2016
  • 142_EastAfrica2016
  • 143_EastAfrica2016
  • 144_EastAfrica2016
  • 145_EastAfrica2016
  • 146_EastAfrica2016
  • 147_EastAfrica2016
  • 148_EastAfrica2016
  • 149_EastAfrica2016
  • 150_EastAfrica2016
  • 151_EastAfrica2016
  • 152_EastAfrica2016
  • 153_EastAfrica2016
  • 154_EastAfrica2016
  • 155_EastAfrica2016
  • 156_EastAfrica2016
  • 157_EastAfrica2016
  • 158_EastAfrica2016
  • 159_EastAfrica2016
  • 160_EastAfrica2016
  • 161_EastAfrica2016
  • 162_EastAfrica2016
  • 163_EastAfrica2016
  • 164_EastAfrica2016
  • 165_EastAfrica2016
  • 166_EastAfrica2016
  • 167_EastAfrica2016
  • 168_EastAfrica2016
  • 169_EastAfrica2016
  • 170_EastAfrica2016
  • 171_EastAfrica2016
  • 172_EastAfrica2016
  • 173_EastAfrica2016
  • 174_EastAfrica2016
  • 175_EastAfrica2016
  • 176_EastAfrica2016
  • 177_EastAfrica2016
  • 178_EastAfrica2016
  • 179_EastAfrica2016
  • 180_EastAfrica2016
  • 181_EastAfrica2016
  • 182_EastAfrica2016
  • 183_EastAfrica2016
  • 184_EastAfrica2016
  • 185_EastAfrica2016
  • 186_EastAfrica2016
  • 187_EastAfrica2016
  • 188_EastAfrica2016
  • 189_EastAfrica2016
  • 190_EastAfrica2016
  • 191_EastAfrica2016
  • 192_EastAfrica2016
  • 193_EastAfrica2016
  • 194_EastAfrica2016
  • 195_EastAfrica2016
  • 196_EastAfrica2016
  • 197_EastAfrica2016
  • 198_EastAfrica2016
  • 199_EastAfrica2016
  • 200_EastAfrica2016
  • 201_EastAfrica2016
  • 202_EastAfrica2016
  • 203_EastAfrica2016
  • 204_EastAfrica2016
  • 205_EastAfrica2016
  • 206_EastAfrica2016
  • 207_EastAfrica2016
  • 208_EastAfrica2016
  • 209_EastAfrica2016
  • 210_EastAfrica2016
  • 211_EastAfrica2016
  • 212_EastAfrica2016
  • 213_EastAfrica2016
  • 214_EastAfrica2016
  • 215_EastAfrica2016
  • 216_EastAfrica2016
  • 217_EastAfrica2016
  • 218_EastAfrica2016
  • 219_EastAfrica2016
  • 220_EastAfrica2016
  • 221_EastAfrica2016
  • 222_EastAfrica2016
  • 223_EastAfrica2016
  • 224_EastAfrica2016
  • 225_EastAfrica2016
  • 226_EastAfrica2016
  • 227_EastAfrica2016
  • 228_EastAfrica2016
  • 229_EastAfrica2016
  • 230_EastAfrica2016
  • 231_EastAfrica2016
  • 232_EastAfrica2016
  • 233_EastAfrica2016
  • 234_EastAfrica2016
  • 235_EastAfrica2016
  • 236_EastAfrica2016
  • 237_EastAfrica2016
  • 238_EastAfrica2016
  • 239_EastAfrica2016
  • 240_EastAfrica2016
  • 241_EastAfrica2016
  • 242_EastAfrica2016
  • 243_EastAfrica2016
  • 244_EastAfrica2016
  • 245_EastAfrica2016
  • 246_EastAfrica2016
  • 247_EastAfrica2016
  • 248_EastAfrica2016
  • 249_EastAfrica2016
  • 250_EastAfrica2016
  • 251_EastAfrica2016
  • 252_EastAfrica2016
  • 253_EastAfrica2016
  • 254_EastAfrica2016
  • 255_EastAfrica2016
  • 256_EastAfrica2016
  • 257_EastAfrica2016
  • 258_EastAfrica2016
  • 259_EastAfrica2016
  • 260_EastAfrica2016
  • 261_EastAfrica2016
  • 262_EastAfrica2016
  • 263_EastAfrica2016
  • 264_EastAfrica2016
  • 265_EastAfrica2016
  • 266_EastAfrica2016
  • 267_EastAfrica2016
  • 268_EastAfrica2016
  • 269_EastAfrica2016
  • 270_EastAfrica2016
  • 271_EastAfrica2016
  • 272_EastAfrica2016
  • 273_EastAfrica2016
  • 274_EastAfrica2016
  • 275_EastAfrica2016
  • 276_EastAfrica2016
  • 277_EastAfrica2016
  • 278_EastAfrica2016
  • 279_EastAfrica2016
  • 280_EastAfrica2016
  • 281_EastAfrica2016
  • 282_EastAfrica2016
  • 283_EastAfrica2016
  • 284_EastAfrica2016
  • 285_EastAfrica2016
  • 286_EastAfrica2016
  • 287_EastAfrica2016
  • 288_EastAfrica2016
  • 289_EastAfrica2016
  • 290_EastAfrica2016
  • 291_EastAfrica2016
  • 292_EastAfrica2016
  • 293_EastAfrica2016
  • 294_EastAfrica2016
  • 295_EastAfrica2016
  • 296_EastAfrica2016
  • 297_EastAfrica2016
  • 298_EastAfrica2016
  • 299_EastAfrica2016
  • 300_EastAfrica2016
  • 301_EastAfrica2016
  • 302_EastAfrica2016
  • 303_EastAfrica2016
  • 304_EastAfrica2016
  • 305_EastAfrica2016
  • 306_EastAfrica2016
  • 307_EastAfrica2016
  • 308_EastAfrica2016
  • 309_EastAfrica2016
  • 310_EastAfrica2016
  • 311_EastAfrica2016
  • 312_EastAfrica2016
  • 313_EastAfrica2016
  • 314_EastAfrica2016
  • 315_EastAfrica2016
  • 316_EastAfrica2016
  • 317_EastAfrica2016
  • 318_EastAfrica2016
  • 319_EastAfrica2016
  • 320_EastAfrica2016
  • 321_EastAfrica2016
  • 322_EastAfrica2016
  • 323_EastAfrica2016
  • 324_EastAfrica2016
  • 325_EastAfrica2016
  • 326_EastAfrica2016
  • 327_EastAfrica2016
  • 328_EastAfrica2016
  • 329_EastAfrica2016
  • 330_EastAfrica2016
  • 331_EastAfrica2016
  • 333_EastAfrica2016
  • 334_EastAfrica2016
  • 335_EastAfrica2016
  • 336_EastAfrica2016
  • 337_EastAfrica2016
  • 338_EastAfrica2016
  • 339_EastAfrica2016
  • 340_EastAfrica2016
  • 341_EastAfrica2016
  • 342_EastAfrica2016
  • 343_EastAfrica2016
  • 344_EastAfrica2016
  • 345_EastAfrica2016
  • 346_EastAfrica2016
  • 347_EastAfrica2016
  • 348_EastAfrica2016
  • 350_EastAfrica2016
  • 351_EastAfrica2016
  • 352_EastAfrica2016
  • 353_EastAfrica2016
  • 354_EastAfrica2016
  • 355-2 EastAfrica2016
  • 355_EastAfrica2016
  • 356_EastAfrica2016
  • 357_EastAfrica2016
  • 358_EastAfrica2016
  • 359_EastAfrica2016
  • 360_EastAfrica2016
  • 361_EastAfrica2016
  • 362_EastAfrica2016
  • 363_EastAfrica2016
  • 364_EastAfrica2016
  • 365_EastAfrica2016
  • 367_EastAfrica2016
  • 368_EastAfrica2016
  • 369_EastAfrica2016
  • 370_EastAfrica2016
  • 371_EastAfrica2016
  • 372_EastAfrica2016
  • 373_EastAfrica2016
  • 374_EastAfrica2016
  • 375_EastAfrica2016
  • 376_EastAfrica2016
  • 377_EastAfrica2016
  • 378_EastAfrica2016
  • 379_EastAfrica2016
  • 380_EastAfrica2016
  • 381_EastAfrica2016
  • 382_EastAfrica2016
  • 383_EastAfrica2016
  • 384_EastAfrica2016

Simple Image Gallery Extended


Namibia & Botswana & Victoria Falls (Zimbabwe) 2014

 

Poniżej tekstu umieszczono pełną galerię ze zdjęciami

 

 

Opis - dzieło jednego z uczestników wyjazdu – Krzysiek

 

Zdjęcia autorstwa uczestników (Ela, Monika, Krzysiek, Przemek, Andrzej)  wyjazdu jak i organizatora (Kajman)

 

Samochody - Toyota Hillux, z zabudową. W pełni wyposażone - w namioty dachowe, butla z gazem, sprzęt i naczynia biwakowe, stoliki, krzesła, śpiwory, pościel, poduszki, nawigację itd 

 

05.09.2014 - piątek

STRAJK!!!
Tym razem nie polskich górników, tylko niemieckich pilotów. Jedynie 5 godzin – 15:00-20:00, ale za to dość dokładnie pokryło się to z naszym biletem do Frankfurtu. Dzięki temu wylatujemy 4 godziny później, a na miejscu będziemy po południu zamiast wczesnym rankiem. Dodatkowy zysk to 4,5 godziny w Johannesburgu – może uda nam się coś zobaczyć?...

Tak się zaczęła nasza kolejna „Wielka Wyprawa“ – tym razem do Namibii i Botswany, jak dobrze pójdzie to z małymi przystankami w Angoli, Zambii i Zimbabwe (z bonusem wyżej wymienionym, czyli RPA). Cały skład to dwanaście osób, ale poza naszym liderem – Kajmanem – pozostała czwórka jest nam nieznana, więc na razie jeszcze trzymamy się w siódemkę – Marta, Majka, Monika i Elżbieta, Przemek, Andrzej i ja. Jak widać, sponsorem wyprawy jest literka „M“... J

Po całodniowym oczekiwaniu siedzimy wreszcie w szóstkę (Andrzej wybrał inne połączenie) w samolocie i jeden Pan Bóg wie, co się nam jeszcze przydarzy. Ale my to lubimy...

 

06.09.2014 - sobota


O 8:20 wylądowaliśmy w Johannesburgu. Wyspani i zrelaksowani. Na lotnisku rozdzieliliśmy się. Dziewczyny zostały, aby dopilnować naszych wolnocłowych zakupów, a my z Przemkiem ruszyliśmy na podbój RPA. W ciągu 2 godzin udało nam się zobaczyć całe miasto. 45 minut jechaliśmy taksówką do Carlton Center, po wyjechaniu na 50 piętro „Top of Africa“ przez pół godziny oglądaliśmy po kolei wszystkie strony świata, a potem 45 minut wracaliśmy taksówką na lotnisko. I już...
Sam Johannesburg nas nie zachwycił. Ogromne, szare, zatłoczone miasto. Jedynie stadion z mistrzostw świata w piłce nożnej z 2010 r. z tej szarości się trochę wyróżniał, ale raczej przez architekturę, nowoczesną, bardzo odmienną od otoczenia, niż przez barwy.

07.09.2014 – niedziela


Wczoraj dotarliśmy szczęśliwie do Windhoek, na tyle wcześnie, że zdążyliśmy jeszcze odebrać bez problemu nasze Toyoty Hilux. Cudne, prawdziwe samochody wyprawowe. Nowe, z niewielkim przebiegiem, naprawdę w świetnym stanie i z bardzo dobrym wyposażeniem. Nasz ma zamontowane 2 namioty dachowe, a w części ładunkowej – wszystko, co potrzebne do przeżycia w Afryce. Stoły, krzesła, butle gazowe, kuchenki, naczynia, pościel... itd. itp. Na dodatek 2 koła zapasowe.
Wypożyczającym jest Polak, przemiły Jurek z Walvis Bay, który po pierwsze poinformował nas o podstawowych zasadach obsługi samochodów terenowych, a po drugie uprzejmie nam doniósł, że właśnie oto rozpoczęliśmy podróż naszego życia. Zobaczymy...
A dzisiaj – kierunek Sesriem!

 

08.09.2014 – poniedziałek


Wróciliśmy z dalekiej podróży... Dzisiaj udało mi się pod Dune 45 jednym zręcznym ruchem zostawić torbę z obiektywem, paszportem i całą naszą kasą (+ 3 karty kredytowe w pakiecie). Kiedy wróciliśmy na miejsce po prawie godzinie, pewien młody Holender wraz z żoną i małą córeczką przymierzali się właśnie do umieszczenia kartki: „Dear owner of black bag...“ itd. Wydźwięk był taki, że nie uważają tego miejsca za najlepsze dla takiej torby, dlatego zabierają ją ze sobą i proszą o kontakt pod nr... w ośrodku.... Mieliśmy wielkie szczęście, że trafiliśmy na uczciwych znalazców i dalej bez przeszkód możemy sobie tutaj szaleć.
Ale po kolei...
Wczoraj obejrzeliśmy Sesriem Canyon, kręty, wyżłobiony w niesamowite formy przez wodę na głębokość kilkunastu metrów. Wspaniała sceneria dla ciekawych zdjęć, zwłaszcza po południu, gdy słońce jest już niżej, ocieplając wizerunek tego miejsca i kładąc fantastyczne cienie.

A potem – inauguracja naszego dachowego życia. Pierwszy raz pod namiotem, ale na samochodzie...

Dzisiaj natomiast zerwaliśmy się jeszcze po ciemku, by punktualnie o 6:15 wyjechać z obozu w stronę słynnych wydm. Większość uważa za punkt honoru powitać wschód słońca na Dune 45, ale dopiero o świcie można wjechać do parku, więc i tak trudno jest zdążyć, żeby w licznej grupie truchtem tam wbiec. Tymczasem w Dead Vlei jest jeszcze o tej porze bardzo przyjemnie, bez upału, a brak turystów znakomicie wzmacnia przeżycia.W pierwszej kolejności odwiedziliśmy więc „martwe bagno“ czyli Dead Vlei, a dopiero później majestatyczną Dune 45, czyli jedną z największych wydm na świecie (a na pewno jedną z najpiękniejszych!).
Wyschnięte dna dolin pokrytych białą, lekko błyszczącą warstwą minerałów, od czasu do czasu rosochate kikuty drzew lub niewielkie kępy krzewów, abstrakcyjnie zielonych w tej pustynnej scenerii. A wokół morze pomarańczowego piasku... Niesamowite!
Po wejściu na szczyt diuny 45 i krótkim postoju wyruszyliśmy na północ.

Późnym popołudniem dotarliśmy do sympatycznego hotelu w Walvis Bay. Klimat angielski – ok. 15 st.C i leciutka mżawka. Mimo wszystko, zdążyliśmy jeszcze na spacer i opłaciło się. Wzdłuż plaży brodziły liczne stada flamingów, które łatwo się stały naszym fotograficznym łupem.
Jutro ruszamy dalej – tym razem 3 dni w dachowych namiotach...

 

09.09.2014 – wtorek

Dzisiaj pierwszy z trzech obozowych etapów – z Walvis Bay przez Swakopmund do Spitzkoppe. Walvis Bay – ostatnie miasto przyłączone do Namibii – ten protektorat RPA stał się jej częścią w 1994r.
Swakopmund – niemal nie do odróżnienia od przeciętnego niemieckiego miasteczka z początków XXw., architektura, szyldy w gotyku, czystość na ulicach. Przy plaży stylowa latarnia morska. Jedyna różnica, to targ lokalnego rzemiosła – jeszcze nigdy nie spotkaliśmy tylu „autentycznych“ twórców identycznych naszyjników i bransoletek na tak małej powierzchni. Negocjacje handlowe zakończyły się sukcesem – każda transakcja kończyła się na poziomie 35-40% ceny wyjściowej.
Ale to jeszcze nie były właściwe zakupy. Czekamy na bardziej bezpośredni kontakt ze sztuką...
Droga do Spitzkoppe to gwałtowna zmiana klimatu – z dżdżystego i chłodnego poranka w Walvis Bay do prawdziwego oddechu Afryki u podnóża gór wyrastających z niczego na równinie pustyni namibijskiej. No, może tuż za nią.
Pięknie ulokowany camping otoczony zewsząd monolitycznymi, wygładzonymi przez erozję skałami w pomarańczowo-czerwonych barwach.
„New management“ informuje o upgradzie wszystkich instalacji i prosi o wyrozumiałość i komentarze. W ramach tego „upgrade’u“ otrzymujemy „ganz nowego, lekko przechodzonego, nie śmiganego“ grilla...
Grillowane mięsko, wino, oczekiwanie na gwiazdy – jest pięknie...

 

10.09.2014 – środa


Gwiazd było mało, bo księżyc w pełni przyćmił większość z nich. A my, po krótkim namyśle, postanowiliśmy odpuścić Białej Damie (petroglify w górach masywu Brandberg) i pognaliśmy na zachód, w stronę Wybrzeża Szkieletów.
Tak jak we wszystkich opowieściach - przywitało nas chmurami i wiatrem. Obowiązkowy punkt programu to oczywiście oglądanie miejscowych wraków. Ten dyżurny, który czekał na naszej drodze nieopodal Henties Bay, to jakiś rybacki trawler sprzed kilkudziesięciu lat. Cóż, na mapach można tych rozbitych okrętów znaleźć setki, ale w praktyce nawet okręty wyrzucone na brzeg po pewnym czasie są pochłaniane przez piach, albo rozlatują się pod naporem fal.
Później udaliśmy się na północ – w stronę Cape Cross, gdzie ulokowała się jedna z największych kolonii fok. Chociaż przewiało nas chłodem, wszyscy byli zachwyceni, bo obok samych fok – gospodarzy przylądka – udało nam się zauważyć wieloryba, który na powitanie pomachał nam przyjaźnie ogonem.

A potem już szybciutko na miejsce naszego dzisiejszego noclegu – Urgab Rhino Camp. Ostatnie 10 km na pierwszym biegu, z kamienia na kamień, prawdziwy off-road. Wspaniała widokowo droga pomiędzy zwałowiskami skalnego gruzu zaprowadziła nas na camp leżący na trasie wędrówek pustynnych słoni i lwów. Tak więc – dziś pierwszy nocleg w towarzystwie klubu Wielkiej Piątki.
Obozujemy na dnie pustynnej doliny, otoczeni zewsząd skałami. Nawet jednak w tej dziczy toaleta to czysty sedes z deską i papierem toaletowym, a prysznic – chociaż z wiadra powieszonego na haku – z ciepłą wodą, którą każdy może sobie sam przygotować w specjalnym kociołku. Zadziwia nas ta Namibia.
Dodatkowo, wieczorem z zapartym oddechem wpatrujemy się w niebo – czarne, usiane miliardami gwiazd, z wyraźnie widocznym Krzyżem Południa i oszałamiającą Drogą Mleczną. Prawdziwy spektakl...

 

11.09.2014 – czwartek


Teoretycznie luźny dzień – jedynie 200 km. Ale tę odległość pokonywaliśmy od 8:30-17:00. Wszystko przez pierwszą część – do Twyfelfontein jechaliśmy prawdziwym off-roadem – spore odcinki na 4L, na I lub II biegu. Prawie 75 km z szybkością paru km/h.
Po drodze fantastyczne widoki, ciekawe skałki Organ Pipes, ale przede wszystkim buszmeńskie petroglify. Liczą ok. 2000-6000 lat, ponoć stanowiły dla kolejnych pokoleń Buszmenów rodzaj tablicy ogłoszeń.
Same rysunki przedstawiają przede wszystkim zwierzęta, a poza tym mapy źródeł wody, ślady zwierząt oraz odciski stóp – zapewne twórcy (twórców) tych naskalnych dzieł.

Od Twyfelfontein droga zaczęła już przypominać drogę i jechało się znacznie szybciej. Po krótkiej kontroli sanitarnej mogliśmy rozbić kolejny obóz w Palmwag Lodge. Zwierząt dziś prawie nie widzieliśmy – jedynie parę strusi i dwa dzikie psy, które zabłądziły w tę niegościnną i jałową okolicę. Camping w Palmwag Lodge – supercomfort – prysznic i toaleta, ciepła woda, kuchnia ze zlewem. Wszystko zgrzebne, ale po dwóch dniach włóczęgi to dla nas prawdziwy luksus.
Jutro dalej na północ – do Opuwo.

 

12.09.2014 – piątek


Powitanie dnia – o świcie grupa elandów (największych antylop) pasąca się 100 metrów od naszego obozu.
Potem, już w drodze, dwie żyrafy, kilka grup zebr i liczne stadka antylop. W Warmqelle zatrzymaliśmy się przy gorących źródłach. No, mówiąc prawdę, nie były bardzo gorące, ale w paru miejscach spod dna rzeczywiście wydostawała się ciepła woda, a malowniczy wodospad zasilał ten uroczy basen wśród skał. Na kąpieli spędziliśmy prawie godzinę.

Około trzeciej wyruszyliśmy w dalszą drogę, aby po dwóch godzinach dotrzeć do Opuwo, gdzie zwraca uwagę przedziwna mieszanka ubranych w stylu wiktoriańskim kobiet Herrero i wysmarowanych czerwoną glinką Himba – z jednej strony bardzo zbliżonych pochodzeniem etnicznym, z drugiej – szokująco różniących się wyglądem i stylem życia.
Nikomu tu nie przeszkadza dziewczyna Himba z odsłoniętym biustem stojąca w kolejce w hipermarkecie. One tak po prostu sobie żyją...

Przejechaliśmy nieśpiesznie przez centrum, a potem wspięliśmy się szutrową dróżką do ośrodka Opuwo Country Lodge.
W hotelu pierwsze kroki – a jakże – na basen, z fantastycznym widokiem na rozległą afrykańską dolinę. Gdy słońce skłoniło się ku zachodowi, chowając się szybko wśród dalekich wzgórz i barwiąc na kilkanaście minut wszystko ciepłym, pomarańczowym światłem, kicz się ostatecznie dopełnił...
Wieczorem wytworna kolacja w restauracji, chociaż znowu bez dzikiego afrykańskiego mięsa – tylko wół, owca i świnia. Do tego wyśmienite południowoafrykańskie wina.
A po trzech dniach biwaków nareszcie śpimy w łóżku, w prawdziwym łóżku. Ostatni raz na kolejne 6 dni...

 

13.09.2014 – sobota


Dzisiaj etap z Opuwo (czytaj: Ohopuho) do Epupa Falls. Po drodze wizyta w wiosce Himba.
Po burzliwych negocjacjach wódz zgodził się nas wpuścić do wioski za stosunkowo przystępną sumę wspartą dwoma skrzynkami „darów“ zakupionych w Spar w Opuwo.
Sama wizyta raczej cepeliowska, chociaż miejscowe dzieci omotały błyskawicznie nasze dziewczyny i obsiadły je w ilościach hurtowych. A że były dość dokładnie umyte glinką... No cóż, trochę te nasze kobity umorusały J
Dziewczyny wysmarowane przepisowo czerwoną glinką, włosy ułożone w gliniane pasma, odsłonięte biusty. Cóż, uczciwie trzeba powiedzieć, że wyobrażenie o wyjątkowych, jędrnych piersiach kobiet Himba to mistrzostwo namibijskiego PR. Pewnie gdzieś tak jest... Akurat w naszej wiosce nie odbiegały od średniej światowej.

A potem już prosto do Epupa Falls. Czarowne miejsce, cudowne wodospady, wyjątkowy camping wśród palm, położony tuż nad nimi. Podobno, w czasie pory deszczowej dorównują urodą Victoria Falls. Chyba to przesada, ale i tak jest pięknie...
Spędzamy ponad godzinę na próbach jak najlepszego wykadrowania spadającej wody i całego kanionu. Niektórzy postanowili spędzić tu jeszcze parę chwil dłużej na moczeniu stóp w rzece.
Potem przygotowujemy sobie wyśmienitego grilla, a w tle przez całą noc delikatny szum Epupy...

 

14.09.2014 – niedziela


Dzień rozpoczęliśmy od hurtowego wykupienia całego chleba przeznaczonego dla wioski (pyszny – ciepły i pachnący!).
A potem prawdziwy off-road. Z Epupa Falls do Kunene River Lodge (ok. 50 kilometrów od Ruacane). 95 km i prawie 7 godzin jazdy! Stara droga, służąca namibijskiej straży granicznej do patrolowania granicy i wyłapywania angolańskich partyzantów. Tyle, że 35 lat temu...
Od tej pory drogą nikt się nie zajmował, więc lata świetności ma zdecydowanie za sobą, choć jest powszechnie uważana za jedną z piękniejszych tras off-roadowych Namibii. Po drodze rewelacyjne widoki na rzekę Kunene wijącą się wzdłuż namibijsko-angolańskiej granicy (chociaż może to raczej granica wije się wzdłuż rzeki...). A poza tym olbrzymia ilość wspinaczek i zjazdów skalnymi rumowiskami pretendującymi do miana traktu. Chwilami wręcz musieliśmy z aut wysiadać, aby część drogi naprędce dobudować. Dla nowicjuszy takich jak my – wspaniała przygoda i spore emocje.

Na zakończenie dnia nagroda – camping Kunene River Lodge położony tuż nad rzeką, wśród soczystej zieleni, pod nadzorem stada kapucynek dybiących na twój błąd, aby podwędzić ci cokolwiek. A w nocy ponoć wychodzą z rzeki metrowej długości jaszczury, więc na zakończenie wieczoru trzeba zrobić żywnościowy klar.
W ciągu dnia temperatura momentami dochodziła do 37°C. Zima w Namibii...
Chyba to lubimy.

 

16.09.2014 – wtorek


Wczorajszy dzień, to typowa dojazdówka. Co prawda, pierwsze 50 km, to szuter z pięknymi widokami na dolinę rzeki Kunene, ale od Ruacane zaczął się już regularny asfalt. Po drodze zaliczyliśmy małe zakupy i wulkanizatora (2 opony do załatania), a ok. 40 km przed wjazdem do Etosha National Park wróciliśmy na szuter.

Pierwszy nocleg w Namutoni. Biwak piękny, z widokami, a wieczorem wizyta na miejscowym „waterhole“ (oczku wodnym) i piękna parada słoni. Za to dzisiaj...

Zwiedzanie tego klejnotu Namibii i całej Afryki polega na samochodowej wycieczce wzdłuż Etosha Pan – olbrzymiego jałowego solniska, które na kilka dni w roku zamienia się w olbrzymie jezioro przyciągając setki tysięcy ptaków. My jednak jesteśmy tutaj pod koniec pory suchej, więc jedyne dostępne wodopoje to rozrzucone co kilkanaście kilometrów oczka wodne. W całym parku nie wolno wychodzić z samochodów, chociaż przygotowane parkingi pozwalają doskonale fotografować mimo tych ograniczeń.
Cóż, dzisiejszy dzień najlepiej opiszą zrobione przez nas zdjęcia. Słonie, nosorożce, lwy, lampart, niezliczone żyrafy, zebry, strusie, springboki, kudu, oryksy, gnu...
Oszałamiające bogactwo fauny, widziane dotąd tylko na filmach. Zrobiliśmy ok. 250 km, od jednego oczka wodnego do drugiego, a wszędzie zatrzęsienie zwierzaków. Po prostu bajka...
Na zakończenie pięknego dnia kąpiel w basenie w Halali, gdzie dzisiaj nocujemy, a potem przed snem obserwacje kolejnego waterhole’a – tym razem głównie nosorożce, i kolejny lampart, chociaż szybko przepędzony przez jednego z nich.
Wizyta w Etosha National Park... Jedno z marzeń mojego życia...

Poranek jeszcze w Etoshy – pożegnała nas rodzina żyraf i stada zebr. A potem 700 km asfaltem, w stronę Caprivi Strip..
Po drodze największy znany meteoryt, jaki spadł w jednym kawałku na ziemię – Hoba koło Grootfontein – około 60 ton żelaza i niklu.
A teraz już jesteśmy w Ngepi Camp niedaleko Divundu – przepiękny ekologiczny camping nad rzeką, toalety z widokiem na las, solary itp.
Jutro rano wypływamy łódką – w planie hipopotamy, a może i krokodyle?...

 

18.09.2014 – czwartek


Hipopotamów widzieliśmy około dwudziestki, krokodyli parę, największy miał może ok. 1,8 metra. Ośrodek, w którym nocowaliśmy, prezentuje się świetnie także od strony wody. W jednym z domków uwagę zwraca King’s Bathroom, czyli prawdziwa łazienka z ocynkowaną wanną ustawioną na pomoście bezpośrednio nad wodą. Fantastyczny widok – i to w obie strony.
Od paru dni zrobiło się naprawdę ciepło – 36-38°C. Dzisiaj po raz pierwszy na termometrze pojawiło się 40°C. Co ciekawe, nawet przy tej temperaturze nieźle udaje nam się funkcjonować.
Po wyjeździe z Ngepi Camp przejechaliśmy przez Bwabwata National Park, ale poza dwiema żyrafami i trzema elandami – pusto. Największy zysk to trening jazdy na piasku.
Potem jeszcze tylko 200 km asfaltu i zatrzymujemy się na ostatni nocleg przed Botswaną – Kwando Camp nad rzeką o tej samej nazwie.
Zresztą ta sama rzeka Kwando (lub Cuando) zmienia potem nazwę na Chobe i Linianti.
Jutro z rana ruszamy do Kasane. Zrobiliśmy już prawie 4000 km...

 

20.09.2014 – sobota


Wczoraj udało nam się pokonać drogę bardzo sprawnie – ok. 260 km asfaltem + przejście graniczne Namibia – Botswana. Trochę biurokracji, zwłaszcza przy odprawie samochodu, ale w rezultacie już przed 14:00 byliśmy na miejscu.
Po drodze udało nam się jeszcze zobaczyć skansen murzyńskiej wioski (b. interesujący) w Kwando i park narodowy Mudumu (bez sensu – całkiem pusty). 

Po krótkim odpoczynku dwoma samochodami z biura turystycznego wyjechaliśmy z campingu nad rzekę Chobe. Chociaż początkowo nasz kierowca pomylił przystanie, to ostatecznie dojechaliśmy z niewielkim opóźnieniem na właściwe miejsce.
Po drodze mieliśmy okazję obejrzeć ślady zniszczeń pozostawionych w mieście przez stada słoni – zdemolowane ogrodzenia, uszkodzone budynki... Chyba lubią się zdenerwować.
Stamtąd wypłynęliśmy na rzekę. Jaki rejs!... Jeszcze w życiu nie oglądaliśmy takiej ilości zwierząt na tak małej przestrzeni, a do tego z tak bliska.
Setki słoni, dziesiątki bawołów i hipopotamów, krokodyle, antylopy, małpy, ptaki... Słoniątka baraszkujące beztrosko w przybrzeżnych wodach. Na środku rzeki rajska wyspa, cała porośnięta bujną trawą, idealnie płaska, praktycznie bez drapieżników. Słonie, bawoły i hipopotamy obserwowane z odległości paru metrów. Spokój i majestat...
Właśnie tutaj skompletowaliśmy „Big Five“ – „Wielką Piątkę“ (słoń, nosorożec, lew, lampart, bawół). Po wizycie w Etoshy brakowało nam już tylko bawoła. Mam nadzieję, że na zdjęciach udało się uchwycić chociaż część tej magii... Po powrocie długo jeszcze nie mogliśmy dojść do siebie.
Natomiast w nocy słoń zrobił kupę dokładnie obok naszego domku, a potem długo rozrabiał w ośrodku. Cóż... przespaliśmy.

Rano odebraliśmy lekcję na temat różnic pomiędzy Botswaną i Namibią. Rozliczenie naszej 12-sto osobowej grupy okazało się zadaniem ponad siły dla sympatycznej recepcjonistki. Minęła ponad godzina, kiedy wreszcie z ulgą mogliśmy ruszyć w drogę. Tylko 80 km, ale po drodze kolejna granica – tym razem z Zimbabwe. Baliśmy się jej i faktycznie bałaganu co niemiara, ale i tak w ciągu godziny udało nam się zakończyć formalności, by już o 13 dotrzeć do miejscowości Victoria Falls.
Nasza przewodniczka Joy, która przygotowała dla nas cały program – rafting i loty helikopterem, wizyta w Zambii, itp., dotarła do nas dopiero po 14 i okazało się, że mamy bardzo mało czasu, bo najpiękniejsze tęcze nad wodospadami Wiktorii pokazują się około trzeciej.
Dlatego, po szybkim ustaleniu, kto czego pożąda, ławą ruszyliśmy ku wodospadom. Nam udało się tam dojechać parę minut po 15....
Pierwsze spotkanie z jednym z cudów natury tego świata zdecydowanie potwierdza, że koniecznie trzeba tu było dotrzeć. Specyficzne położenie wodospadów (ziemia się „rozstąpiła“ w tym miejscu) sprawia, że można je obserwować z przeciwległego brzegu niczym w teatrze. Oszałamiające wrażenie...
Przemkiem wstrząsnęło tak bardzo, że przetrzymał tam do zachodu słońca, chociaż słońce około piątej zatonęło w chmurach i efektownego zachodu nie było. Może zresztą się mylę i na chwilę mu zaświeciło? Zobaczymy na zdjęciach.
Jutro rano słynny rafting na Zambezi, po południu Zambia, a pojutrze rano lot helikopterem. Już się nie możemy doczekać...

 

21.09.2014 – niedziela


Chyba mamy dość...
Rano, zgodnie z planem, wyjazd na rafting. Po krótkim instruktażu każdy otrzymuje swój zestaw – kask, kapok, koszulkę i wiosło, wsiadamy na ciężarówkę osobową i jedziemy na start. No, może nie do końca...
Trzeba jeszcze pokonać ponad 100 m pionowo w dół, po schodach i stopniach bardziej przypominających drabinę. Na miejsce dochodzimy już lekko podmęczeni. Cała polska siódemka (Marta, Majka, Mariola, Andrzej, Robert i my) trafia na jeden ponton i ruszamy. Przed nami 19 przeszkód („rapids“), choć tak naprawdę więcej, bo parę z nich ma numery typu 12a, 12b, 12c itd...
Największe emocje pojawiają się na Rapid 5 („fifty-fifty“ – podobno połowa się nie wywraca, a połowa i owszem). Znaleźliśmy się po tej ciekawszej stronie, a łódka wywróciła się do góry dnem, a więc nastąpił „trzeci przypadek“ z instrukcji bezpieczeństwa (pierwszy – wyleciałeś, ale trzymasz się liny, drugi – wyleciałeś i nie masz kontaktu z pontonem). W efekcie, na krótki okres zostaliśmy wyłowieni i zaokrętowani na dwóch różnych łódkach, a załoga miała pretekst, aby się o nas pomartwić. Po ok. 5 minutach byliśmy jednak znowu u siebie.
Potem ominęliśmy lądem przeszkody nr 7 (jako jedyni) i 9 (jak wszyscy), ale pozostałe uczciwie zaliczyliśmy („9 jest piękna, ale nazywa się „komercyjne samobójstwo“ bo jest zła dla biznesu“ stwierdził nasz przewodnik i miał nieco racji, bo przy jej pokonywaniu śmiertelność tej imprezy natychmiast wzrosłaby znacząco). Po przepłynięciu każdej kolejnej przeszkody z entuzjazmem wznosiliśmy pionowo wiosła i z głośnym okrzykiem triumfu uderzaliśmy nimi o siebie.
W sumie niezapomniane przeżycie, chociaż dawno nie popiliśmy takiej ilości wody...
Uwzględniając, że średnia wieku naszej załogi była około dwa razy wyższa niż najstarszej z pozostałych, daliśmy sobie radę powyżej oczekiwań. Pod koniec mięśnie ramion chwilami odmawiały już posłuszeństwa.
Po pokonaniu ostatniej przeszkody nasz sternik pozwolił nam uczcić ten sukces kąpielą w Zambezi, z czego większość skwapliwie skorzystała.
Najtrudniejsza część, to ta ostatnia – powrót na poziom +100 m. Wspinaczka niemal pionowo w górę – zajęła nam tyle czasu, że na lunch zostało jedynie parę minut.
Potem, przez godzinę tłukliśmy się szutrowymi wyboistymi dróżkami, by „osobową ciężarówką“ wrócić do punktu wyjścia.
Ledwie wróciliśmy do hotelu, trzeba było ruszać w drogę – postanowiliśmy wyskoczyć na kawę do Zambii, a konkretnie do Livingstone. Miasteczko, wycieńczone przez malarię, stanowi zaledwie cień dawnej świetności. Ale wciąż cieszy oko parę kolonialnych budynków z początku XX w.
Po mieście obwoził nas przesympatyczny taksówkarz o imieniu Kris. Od niego dowiedzieliśmy się, m.in., że część zwłok Livingstone’a (konkretnie serce i wnętrzności) została pochowana w Kalambo, 1000 km stąd... Sprawdziliśmy – nie Kalambo, a Chitambo, i nie 1000 km, ale ok. 250 km na północ od miasta. Oczywiście samolotem, który stoi przed poświęconym mu muzeum, często latał. Cóż, jak wiemy, zmarł w roku 1873, ale niech mu tam... Trafił nam się prawdziwie wyedukowany przewodnik, ale przynajmniej pełen pasji i sympatyczny.
Do hotelu wróciliśmy około 19-ej, było już ciemno. Podczas hotelowej kolacji niektórym zamykały się oczka... Oj, działo się dzisiaj, działo...
A jutro kierunek Savuti – powrót do Botswany. Lot nad wodospadami po konsultacji z Przemkiem odwołujemy.
Także jutro rano żegnamy się ze Sławkiem i Darkiem zwanym Władkiem. Odlatują z Livingstone, przez Johannesburg do Europy...

Tu mała dygresja z mojej strony (Kajman)- ja poleciałem z kilkoma uczestnikami i poniżej zdjęcia - pozwalające ocenić ogrom tego wodospadu
trzeba pamiętać że jest to tzw niski stan wody - nawet baaardzo niski

 

23.09.2014 – wtorek


Wczoraj zebraliśmy się o 10-ej, potem godzina do granicy Zimbabwe z Botswaną, gdzie zrezygnowany celnik (nie mieliśmy żadnej świeżej żywności do zajęcia) poprosił o chociaż 20 pula (ku naszemu zdziwieniu to botswański urzędnik okazał się skorumpowany).
Śpieszyliśmy się, więc odszedł usatysfakcjonowany...
Potem asfaltem kilkadziesiąt kilometrów w stronę Savuti, po czym kolejne 80 km przez piaski do Savuti Camp.
Sam ośrodek nieogrodzony, więc wizyty zwierząt (zwłaszcza słoni) to codzienność. Łazienki wyglądają jak forteca otoczona betonowym murem.

Nas spotkanie ze zwierzyną ominęło, za to przy dzisiejszym śniadaniu towarzyszyło nam kilkadziesiąt ptaków. Natomiast, mimo nocnych pojękiwań hien, żadnej nie udało nam się zobaczyć.
Po śniadaniu piasków ciąg dalszy – 150 km traktu przebyliśmy w ciągu 8 godzin. Po drodze dziesiątki słoni, a poza tym żyrafy, zebry, gnu, gazele.
Świetny trening off-roadowego prowadzenia samochodu. Pierwszy raz natrafiamy na rzeki, które trzeba pokonać samochodem. Jest trochę emocji, a niedługo przed biwakiem, przy jednej z przepraw, Andrzej gubi tablicę rejestracyjną. Na szczęście jego pełne poświęcenia poszukiwania kończą się sukcesem i po paru minutach triumfalnie wznosi tablicę nad głową.
Dziś celem był park narodowy Moremi, czyli delta Okavango. Nasz campsite – Third Bridge – w sercu delty.
Słoni mamy nadoglądane na kilkadziesiąt najbliższych lat...
Jutro cały dzień na miejscu. Ostatni dzień obozowy.

 

24.09.2014 – środa


Do południa Ci, którzy mieli wystarczające zapasy paliwa (czyli my, wzmocnieni kadrowo o Przemka, Monikę i Andrzeja) ruszyli w poszukiwaniu zwierząt i wrażeń. Piękną, mocno off-roadową dróżką dotarliśmy najpierw do Second Bridge, a około 2,5 km dalej – nawet do First Bridge.
Swoją drogą, te dwa mosty – w odróżnieniu od trzeciego – wznosiły się przynajmniej nad wodą, a nie pod...
Po drodze udało nam się sfotografować głównie ptaki, ale i parę żyraf, i stado antylop też się trafiło.
O 15-ej wsiedliśmy na łódkę, która zabrała nas w stronę rzeki Okavango. W stronę, bowiem delta to sieć niekończących się kanałów, poprzedzielanych niekiedy mniejszymi lub większymi lagunami lub jeziorkami, ale nie ma tam czegoś takiego jak główny nurt. Jedyne, co możesz zrobić, to próbować płynąć mniej więcej w stronę, gdzie rzeka zaczyna się rozgałęziać.
Po drodze mnóstwo ptaków (z najmniejszym zimorodkiem – wielkości włoskiego orzecha), jaszczurki, krokodyle, a na deser hipopotamy i słonie.
Nasz przewodnik w gąszczu krętych kanałów drogę wyszukiwał tak pewnie, że w pewnej chwili sądziłem nawet, iż tak naprawdę każda droga prowadzi celu. Dopiero, kiedy wracając musieliśmy się zatrzymać, aby przepuścić łódkę z naprzeciwka (co było uzgodnione radiowo 5 minut wcześniej) zrozumiałem, że płynęliśmy jedyną prawidłową trasą w całym tym labiryncie. Tym większy szacunek dla naszego pilota!
Wieczorem pożegnalny obozowy wieczór – ostatni pod namiotami, uświetniony wizytami hieny i słonia. Zmasowany atak świetlny („czołówkami“) skutecznie zniechęcił tego drugiego do zapoznawania się z naszym menu, ale hiena twardo dobrała nam się do worka z odpadkami i dopiero na skutek zdecydowanych okrzyków niechętnie się oddaliła.
Jutro Kalahari...


25.09.2014 – czwartek


Pierwsze pięćdziesiąt kilometrów – do południowej bramy parku Moremi, to znowu klasyczny off-road – 15 km/h. Potem jeszcze kilkadziesiąt kilometrów szutrów i w końcu jesteśmy na prawdziwym asfalcie. Dzisiejsza trasa to łącznie 660 km – do granicy z Namibią, a nawet 20 km dalej. Około 17-ej docieramy do Kalahari Bush Breaks - przecudnej oazy na środku pustyni. Sama Kalahari tutaj nie jest podobna do potocznego wyobrażenia pustyni. To raczej suchy ugór, porośnięty jeszcze bardziej suchymi kępami traw i krzaków, nagrzewany przez słońce jak patelnia. Taka patagońska pampa, tyle, że temperatury znacznie wyższe.
Kalahari Bush Breaks to prowadzony przez bardzo sympatyczną rodzinę Afrykanerów ośrodek (camping i domki o bardzo stylowej architekturze) zatopiony w morzu kwiatów. Oczko wodne nieopodal przyciąga dziesiątki antylop, które można oglądać także nocą – oczko jest oświetlone.
Samą pustynię widzimy w promieniu parunastu kilometrów, gdyż ośrodek znajduje się na niewielkim wzniesieniu.
W domkach przebojem są duże okna w łazienkach – można obserwować antylopy siedząc na sedesie lub biorąc prysznic.
Wytworna kolacja prowadzona przez niezrównanego mistrza ceremonii, to m.in. befsztyk z elanda – pycha!

 

26.09.2014 – piątek


Bardzo nam się nie chciało ruszać z tej oazy. Miejsce naprawdę wyjątkowe.
W końcu nie było wyjścia i około 11-ej wyjechaliśmy na ostatnie 300 km naszej przygody. Sama droga przez pustynię – bez większych wrażeń – asfalt po horyzont.
Wczesnym popołudniem dotarliśmy do Arebbusch Travel Lodge – to tutaj zaczynaliśmy naszą afrykańską podróż. Potem krótki spacer po centrum Windhoek (m.in. pomnik złożony z ponad 20-stu odłamków meteorytu znalezionego w Namibii), a wieczorem pożegnalna kolacja, wino, wspominki...



27.09.2014 – sobota


Ostatni dzień w Namibii. Po wymeldowaniu się i złożeniu bagaży jedziemy do centrum miasta na pożegnalny spacer i zakupy.
Zwiedzamy m.in. Muzeum Narodowe, które poraża nas odważną wizją świata zbliżoną swoją stylistyką do słusznie minionych czasów socrealizmu.
W pięknym protestanckim kościele właśnie rozpoczyna się ceremonia ślubna. Rodzice panny młodej uśmiechają się pięknie ze zdjęcia, gdyż nie mogli pojawić się tu osobiście...
Potem odwiedzamy kolejowy dworzec – sieć połączeń mieści się dużymi literami (oczywiście czcionką gotyk!) na ściennej tablicy, więc każdy sobie może swoje połączenie odnaleźć bez trudu. Jedyne opcje to Keetmanshoop i Walvis Bay; Tsumeb i Gobabis widnieją na rozkładzie, ale zegary pokazujące godzinę wyjazdu pociągu do tych miejscowości nie mają wskazówek...
Włóczymy się trochę po mieście, stolica Namibii nie jest duża i centrum można obejść bardzo szybko, ale czujemy się tu bardzo dobrze – podobnie jak i w całej Namibii.
Po szóstej zabiera nas na lotnisko zaprzyjaźniony kierowc.
21:35 – odlatujemy z Windhoek.

 

 

KONIEC

EPILOG


Jurek miał rację – to rzeczywiście była jedna z podróży życia. Przeżyliśmy bardzo intensywne trzy tygodnie, często brakowało nawet czasu, by na gorąco notować wszystkie wrażenia. Podczas podróży spotkaliśmy wszystko, czego mogliśmy oczekiwać – fantastyczne krajobrazy, interesujący ludzie, a przede wszystkim – niewiarygodne bogactwo afrykańskiej fauny. Na pewno rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania. Osobny temat, to poziom cywilizacyjny krajów, które odwiedziliśmy. Zaskakujący porządek i czystość, komfort na campingach, życzliwa obsługa... Właściwie nie było sytuacji, w której czulibyśmy się źle potraktowani. To nie jest typowe dla Afryki. Mimo całej egzotyki przebywaliśmy cały czas na obszarze przyjaznym i zrozumiałym dla Europejczyków.
Wreszcie „last but not least“ – podstawą sukcesu każdej wyprawy jest dobry program i organizacja. W tym wypadku program był bardzo dobrze przemyślany, uwzględniał przy tym sugestie uczestników.
Samochody poradziły sobie w tych trudnych warunkach koncertowo – jedyny problem, to dwie przebite opony i problemy elektryczne z jedną z radiostacji.
Miejsca, które odwiedziliśmy, były na swój sposób wyjątkowe – każde miało charakter i atmosferę. Podział noclegów na „obozowe“ i „komfortowe“ (w lodge’ach) miał głęboki sens – po paru noclegach na dachu samochodów mogliśmy w dobrych warunkach doprowadzić naszą odzież i siebie samych do podstawowych standardów czystego człowieka. 

 

 

 

 

  • 001
  • 002
  • 003
  • 004_Namibia
  • 005_Namibia
  • 006_Namibia
  • 007_Namibia
  • 008_Namibia
  • 009_Namibia
  • 010_Namibia
  • 011_Namibia
  • 012_Namibia
  • 013_Namibia
  • 014_Namibia
  • 015_Namibia
  • 016_Namibia
  • 017_Namibia
  • 018_Namibia
  • 019_Namibia
  • 020_Namibia
  • 021_Namibia
  • 022_Namibia
  • 023_Namibia
  • 024_Namibia
  • 025_Namibia
  • 026_Namibia
  • 027_Namibia
  • 028_Namibia
  • 029_Namibia
  • 030_Namibia
  • 031_Namibia
  • 032_Namibia
  • 033_Namibia
  • 034_Namibia
  • 035_Namibia
  • 036_Namibia
  • 037_Namibia
  • 038_Namibia
  • 039_Namibia
  • 040_Namibia
  • 041_namibia
  • 042_namibia
  • 043_namibia
  • 044_namibia
  • 045_namibia
  • 046_namibia
  • 047_namibia
  • 048_namibia
  • 049_namibia
  • 050_namibia
  • 051_namibia
  • 052_namibia
  • 053_namibia
  • 054_namibia
  • 055_namibia
  • 056_namibia
  • 057_namibia
  • 058_namibia
  • 059_namibia
  • 060_namibia
  • 061_namibia
  • 062_namibia
  • 063_namibia
  • 064_namibia
  • 065_namibia
  • 066_namibia
  • 067_namibia
  • 068_namibia
  • 069_namibia
  • 070_namibia
  • 071_namibia
  • 072_namibia
  • 073_namibia
  • 074_namibia
  • 075_namibia
  • 076_namibia
  • 077_namibia
  • 078_namibia
  • 079_namibia
  • 080_namibia
  • 081_namibia
  • 082_namibia
  • 083_namibia
  • 084_namibia
  • 085_namibia
  • 086_namibia
  • 087_namibia
  • 088_namibia
  • 089_namibia
  • 090_namibia
  • 091_namibia
  • 092_namibia
  • 093_namibia
  • 094_namibia
  • 095_namibia
  • 096_namibia
  • 097_namibia
  • 098_namibia
  • 099_namibia
  • 100_namibia
  • 101_namibia
  • 102_namibia
  • 103_namibia
  • 104_namibia
  • 105_namibia
  • 106_namibia
  • 107_namibia
  • 108_namibia
  • 109_namibia
  • 110_namibia
  • 111_namibia
  • 112_namibia
  • 113_namibia
  • 114_namibia
  • 115_namibia
  • 116_namibia
  • 117_namibia
  • 118_namibia
  • 119_namibia
  • 120_namibia
  • 121_namibia
  • 122_namibia
  • 123_namibia
  • 124_namibia
  • 125_namibia
  • 126_namibia
  • 127_namibia
  • 128_namibia
  • 129_namibia
  • 130_namibia
  • 131_namibia
  • 132_namibia
  • 133_namibia
  • 134_namibia
  • 135_namibia
  • 136_namibia
  • 137_namibia
  • 138_namibia
  • 139_namibia
  • 140_namibia
  • 141_namibia
  • 142_namibia
  • 143_namibia
  • 144_namibia
  • 145_namibia
  • 146_namibia
  • 147_namibia
  • 148_namibia
  • 149_namibia
  • 150_namibia
  • 151_namibia
  • 152_namibia
  • 153_namibia
  • 154_namibia
  • 155_namibia
  • 156_namibia
  • 157_namibia
  • 158_namibia
  • 159_namibia
  • 160_namibia
  • 161_namibia
  • 162_namibia
  • 163_namibia
  • 164_namibia
  • 165_namibia
  • 166_namibia
  • 167_namibia
  • 168_namibia
  • 169_namibia
  • 170_namibia
  • 171_namibia
  • 172_namibia
  • 173_namibia
  • 174_namibia
  • 175_namibia
  • 176_namibia
  • 177_namibia
  • 178_namibia
  • 179_namibia
  • 180_namibia
  • 181_namibia
  • 182_namibia
  • 183_namibia
  • 184_namibia
  • 185_namibia
  • 186_namibia
  • 187_namibia
  • 188_namibia
  • 189_namibia
  • 190_namibia
  • 191_namibia
  • 192_namibia
  • 193_namibia
  • 194_namibia
  • 195_namibia
  • 196_namibia
  • 197_namibia
  • 198_namibia
  • 199_namibia
  • 200_namibia
  • 201_namibia
  • 202_namibia
  • 203_namibia
  • 204_namibia
  • 205_namibia
  • 206_namibia
  • 207_namibia
  • 208_namibia
  • 209_namibia
  • 210_namibia
  • 211_namibia
  • 212_namibia
  • 213_namibia
  • 214_namibia
  • 215_namibia
  • 216_namibia
  • 217_namibia
  • 218_namibia
  • 219_namibia
  • 220_namibia
  • 221_namibia
  • 222_namibia
  • 223_namibia
  • 224_namibia
  • 225_namibia
  • 226_namibia
  • 227_namibia
  • 228_namibia
  • 229_namibia
  • 230_namibia
  • 231_namibia
  • 232_namibia
  • 233_namibia
  • 234_namibia
  • 235_namibia
  • 236_namibia
  • 237_namibia
  • 238_namibia
  • 239_namibia
  • 240_namibia
  • 241_namibia
  • 242_namibia
  • 243_namibia
  • 244_namibia
  • 245_namibia
  • 246_namibia
  • 247_namibia
  • 248_namibia
  • 249_namibia
  • 250_namibia
  • 251_namibia
  • 252_namibia
  • 253_namibia
  • 254_namibia
  • 255_namibia
  • 256_namibia
  • 257_namibia
  • 258_namibia
  • 259_namibia
  • 260_namibia
  • 261_namibia
  • 262_namibia
  • 263_namibia
  • 264_namibia
  • 265_namibia
  • 266_namibia
  • 267_namibia
  • 268_namibia
  • 269_namibia
  • 270_namibia
  • 271_botswana
  • 272_botswana
  • 273_botswana
  • 274_botswana
  • 275_botswana
  • 276_botswana
  • 277_botswana
  • 278_botswana
  • 279_botswana
  • 280_botswana
  • 281_botswana
  • 282_botswana
  • 283_botswana
  • 284_botswana
  • 285_botswana
  • 286_botswana
  • 287_botswana
  • 288_botswana
  • 289_botswana
  • 290_botswana
  • 291_botswana
  • 292_botswana
  • 293_botswana
  • 294_botswana
  • 295_zimbabwe
  • 296_zimbabwe
  • 297_zimbabwe
  • 298_zimbabwe
  • 299_zimbabwe
  • 300_zimbabwe
  • 301_zimbabwe
  • 302_zimbabwe
  • 303_zimbabwe
  • 304_zimbabwe
  • 305_zimbabwe
  • 306_zimbabwe
  • 307_zimbabwe
  • 308_zimbabwe
  • 309_zimbabwe
  • 310_zimbabwe
  • 311_zimbabwe
  • 312_zimbabwe
  • 313_zimbabwe
  • 314_zimbabwe
  • 315_zimbabwe
  • 316_zimbabwe
  • 317_zimbabwe
  • 318_zimbabwe
  • 319_zimbabwe
  • 320_zimbabwe
  • 321_zimbabwe
  • 322_zimbabwe
  • 323_zimbabwe
  • 324_zimbabwe
  • 325_zimbabwe
  • 326_zimbabwe
  • 327_zimbabwe
  • 328_zimbabwe
  • 329_zimbabwe
  • 330_zambia
  • 331_zambia
  • 332_botswana
  • 333_botswana
  • 334_botswana
  • 335_botswana
  • 336_botswana
  • 337_botswana
  • 338_botswana
  • 339_botswana
  • 340_botswana
  • 341_botswana
  • 342_botswana
  • 343_botswana
  • 344_botswana
  • 345_botswana
  • 346_botswana
  • 347_botswana
  • 348_botswana
  • 349_botswana
  • 350_botswana
  • 351_botswana
  • 352_botswana
  • 353_botswana
  • 354_namibia
  • 355_namibia
  • 356_namibia
  • 357_namibia
  • 358_namibia
  • 359_namibia
  • 360_namibia
  • 361_namibia
  • 362_namibia
  • 363_namibia
  • 364_namibia
  • 365_namibia
  • 366_namibia
  • 367_namibia
  • 368_namibia
  • 369_namibia
  • 370_namibia
  • 371_namibia
  • 372_namibia
  • 373_namibia
  • 374_namibia
  • 375_namibia
  • 376_namibia
  • 377_namibia
  • 378_namibia
  • 379_namibia
  • 380_namibia
  • 381_namibia
  • 382_KONIEC

Simple Image Gallery Extended

 


 Tadżykistan 2014

Tym razem do Tadżykistanu. Motocykliści byli z Rumunii – załadunek motorków w Bukareszcie.

Osiem dni i dojeżdżam do Biszkeku (Kirgistan) dokąd dolatują właściciele motocykli.

Głównym celem był Tadżykistan.

Poniżej zdjęcia autorstwa  Dayana and Bob’a

Strona na której autorzy będą zamieszczać opis to

 

www.wildwalk.ro 

 

  • 01
  • 02
  • 03
  • 04
  • 05
  • 06
  • 07
  • 08
  • 09
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • 19
  • 20
  • 21
  • 22
  • 23
  • 24
  • 25
  • 26
  • 27
  • 28
  • 29
  • 30
  • 31
  • 32
  • 33
  • 34
  • 35
  • 36
  • 37
  • 38
  • 39
  • 40
  • 41
  • 42

Simple Image Gallery Extended

 


 

Maroko - maj 2014

 

  • 001_Maroko_maj_14
  • 01_Maroko_maj_14
  • 02_Maroko_maj_14
  • 03_Maroko_maj_14
  • 04_Maroko_maj_14
  • 05_Maroko_maj_14
  • 06_Maroko_maj_14
  • 07_Maroko_maj_14
  • 08_Maroko_maj_14
  • 09_Maroko_maj_14
  • 10_Maroko_maj_14
  • 11_Maroko_maj_14
  • 12_Maroko_maj_14
  • 13_Maroko_maj_14
  • 14_Maroko_maj_14
  • 15_Maroko_maj_14
  • 16_Maroko_maj_14
  • 17_Maroko_maj_14
  • 18_Maroko_maj_14
  • 19_Maroko_maj_14
  • 21_Maroko_maj_14
  • 22_Maroko_maj_14
  • 23_Maroko_maj_14
  • 24_Maroko_maj_14
  • 25_Maroko_maj_14
  • 26_Maroko_maj_14
  • 27_Maroko_maj_14
  • 28_Maroko_maj_14
  • 29_Maroko_maj_14
  • 30_Maroko_maj_14
  • 31_Maroko_maj_14
  • 32_Maroko_maj_14
  • 33_Maroko_maj_14
  • 34_Maroko_maj_14
  • 35_Maroko_maj_14
  • 36_Maroko_maj_14
  • 37_Maroko_maj_14
  • 38_Maroko_maj_14
  • 39_Maroko_maj_14
  • 40_Maroko_maj_14
  • 41_Maroko_maj_14
  • 42_Maroko_maj_14
  • 43_Maroko_maj_14
  • 44_Maroko_maj_14
  • 45_Maroko_maj_14

Simple Image Gallery Extended

 


 

Maroko - kwiecień 2014

Poniżej tekstu umieszczono pełną galerię ze zdjęciami

 

Opis - dzieło jednego z uczestników wyjazdu – nick „Mygosia”

Zdjęcia autorstwa uczestników wyjazdu jak i organizatora      

                                  

Pojechałam do Maroko z głową nabitą obrazkami z pustynią, wielbłądami, ślicznymi miastami.

A wróciłam powalona na kolana kalejdoskopem krajobrazów - ośnieżone szczyty wysokich gór, głębokie doliny z setkami kazb, czerwona gliniasta gleba poprzetykana jaskrawo zielonymi plamami roślinności, wyschnięte rzeki, stada owiec, grupki ciekawskich dzieciaków, skalista ciemna hamada, wszechobecny pył…

 

Ale po kolei.

 

Nasze motocykle odjeżdżają kilka dni wcześniej z Kajmanem [www.kajmanoverland.pl]. Oprócz mojej DRki na przyczepie są dwie 400 drz, KTM 690 i mastodont KTM 1190 :)

My lądujemy w Marakeszu nocą, a kolejnego dnia o poranku możemy wsiąść na motocykle i praktycznie od razu wjechać w góry.

IMO jest to świetne rozwiązanie. Dzięki transportowi motocykli w środek kraju oszczędzamy kupę czasu [w dwie strony, z promem, to w sumie jakieś 3-4dni], oszczędzamy opony [kilkaset km dojazdówki po asfalcie na kostkach? - brrrr!], paliwo…

 

Śpimy na przyjemnym kempingu.

 

 

 

W pierwszym dniu mamy w miarę krótką trasę “na rozgrzewkę”. To moja pierwsza dłuższa jazda po zimowej przerwie. Asfaltowe zakręty pokonuję kwadratowo, a po wjeździe w góry, na offowych dróżkach pokrytych półwyschniętą śliskawą gliną, czuję się mocno niepewnie, tym bardziej, że jedziemy trawersem po dość stromym zboczu. Po lewej mamy ścianę, a po prawej przepaść.

 

 

 

Chłopaki prują do przodu, a ja za nimi się telepię w tempie emeryckim :)

 

 

 

 Po lunchu [zeschnięty domowy  kawałek chleba + pasztet sojowy ;)  nad jeziorem ruszamy dalej - tym  razem pomykamy śliczną  szutrówką,która niestety potem  robi się mniej śliczna - pojawiają się  dziury, glina, nierówności,  mnóstwo zakrętasów.

 

 Powoli się ściemnia, a my  wjeżdżamy na jakąś kozią ścieżkę,  która całe szczęście kończy  się po  paru kilometrach wyjazdem na  asfalt.

 Teraz już tylko kilkadziesiąt km z  małą przerwą na użyczenie paliwa  KTMowi :)

 

 Nocujemy w Demnate, w fajnym  hostelu, z mało fajną łazienką :)

 

 Poranek upływa na leniwym  krzątaniu się, co później się na nas  zemści. Na razie  powolutku  zażywamy kąpieli, idziemy  rozgrzanymi słońcem ulicami “Na  miasto”  na  obrzydliwie słodkie  śniadanko z obrzydliwie słodką  herbatą :)

 

 

 

 

W końcu ruszamy. Znów w góry.

Dróżka początkowo jest dość wymagająca, znów na wpół zaschnięta glina, tym razem wymieszana z kamieniami różnej wielkości.

Osiągamy przełęcz i opadają nam kopary - po raz pierwszy tego dnia :)

 

 

 

Później wjeżdżamy do cudnej dolinki, otoczonej stromymi szczytami…

 

   

 

Wygląda na to, że jeszcze 1-2 tygodnie temu ta ścieżka mogła być nieprzejezdna - jęzory śniegu miejscami dosięgają drogi, rozmiękają glinę, tworzą zdradliwe kałuże. Jazda jest nieco karkołomna.

 

A później - znów przełęcz i znów widoki zapierające dech w piersiach!

Zjeżdżamy do doliny, gdzie trafiamy na kawałek asfaltu i w mieście Tabante odbijamy w prawo, bo wg mapy gdzieś tam znajdują się odciśnięte w skale ślady dinozaurów, a ja sie uparłam, aby je zobaczyć.

Nie znamy francuskiego, trochę błądzimy, ale w końcu kilkuletni chłopczyk prowadzi nas stromymi schodkami do zamkniętego podwórka, gdzie znajduje się nasz cel :)

Oto ślady mięsożercy…

A to roślinożercy…

Jest już późne popołudnie, a przed nami ponad połowa drogi. Cieszymy się, że jedziemy porządną, szybką szutrówką, która wspina się wyżej i wyżej.

Temperatura spada, nie tylko z powodu zalegającego na poboczach śniegu - jesteśmy powyżej 2500m n.p.m.

Powoli zaczyna zmierzchać, więc z ulgą witamy asfalt, jednak nasza radość nie trwa długo - po zjeździe w dolinę, wjeżdżamy na wąską, szutrową ścieżkę biegnącą na zboczu.

 

 

Ostatnie kilkadziesiąt km pokonujemy w zupełnych ciemnościach, mijając powoli setki zakrętów…

 

 

Jestem obolała  od ciągłego spięcia mięśni i wykończona skupianiem uwagi. W końcu dojeżdżamy w miejsce noclegu… I padam spać :)

_______________________________

 

Jako, że nasza grupa jest mało pozbierana, a powroty po ciemku nie są ani przyjemne, ani bezpieczne, to Kajman rozkazał, że wyjazd ma być punkt 10.00.

Zgodnie z planem wstajemy w miarę wcześnie i wyjeżdżamy tuż po śniadaniu. Dzisiaj czekają nas same “lajtowe” offy - trochę asfaltu, trochę równych jak stół szutrówek.

Punkt 10.00 wsiadam na DRkę i ruszam przed siebie po śladzie. Wiem, że prędzej, albo później chłopaki i tak mnie dogonią.

I rzeczywiście - dojeżdżają mnie po kilkunastu km, gdy wjeżdżam na asfalt. Krajobraz się zmienia - zamiast czerwonych i czerwonopomarańczowych skał otacza nas głazowisko ze szczątkową roślinnością.

A potem znów zjeżdżamy na szuter na stromym zboczu. Początkowo jedzie się super, a później znów znajoma rozmiękła glina z twardymi, wąskimi koleinami.

Nie lubię, nie lubię :/

Widoki “nieco” wynagradzają niedogodności…

Nie no, prawdę mówiąc to jest zajebiście, znowu…

 

 

Przed miasteczkiem ze stacją paliw robimy przerwę na berber whisky. Miętowa, obrzydliwie słodka herbata w cieniu oliwki… mmmm…

Na stacji „benzynowej” nie ma benzyny ;) Pan sprzedawca coś mówi i wskazuje w bliżej nieokreślonym kierunku. Po kilku minutach poszukiwań trafiamy do garażu, gdzie miejscowi leja nam paliwo z pięciolitrowych butelek...

Jedziemy dalej. Świetna asfaltowa nawierzchnia, puściutka - w ciągu godziny mijamy może ze 2 pojazdy [w tym jednego osła]. Krajobraz, to pusty płaskowyż ciągnące się po horyzont, zamknięty wysokimi górami. Powolutku się do nich zbliżamy równiną.

Rosnące gdzieniegdzie wśród kamieni skarlałe drzewka są coraz rzadsze. W końcu napotykamy tylko na pojedyncze  poskręcane od wiatru krzaki.

Robi się chłodno i rześko, chociaż słońce świeci jak złoto. Jesteśmy wysoko...

Jeszcze kilka serpentyn i dojeżdżamy do przełęczy.

Przed nami rozciąga się widok na ładnych parędziesiąt kilometrów.

Cykam fotki.

 

 

Zjadam jakiś zapomniany, na wpół suchy kęs chlebka z roztopionym kitkatem. Słońce pali, ale na tej wysokości nie jest to specjalnie męczące.

Chłopaki wyrywają do przodu.

Pokonując kolejne kilometry rozkoszuję się samotnością i możliwością zatrzymywania się tak często jak tylko chcę :) I w takich miejscach, które są pośrodku niczego... Droga wiedzie równą szutrostradą, często mija wioski, więc czuję się bardzo bezpiecznie.

I tak powolutku się bujam w stronę Imilchil, gdzie mamy spać.

 

 

Tam spotykam moich towarzyszy :)

Śpimy w bardzo ładnym miejscu - musimy tylko chwilę poczekać aż gospodarze zagrzeją wodę i przygotują obiadokolację.

Więc idę na spacer… w mojej ulubionej porze, gdy dzień spotyka się z nocą, a czas się zatrzymuje.

Spaceruję korytem półwyschniętej rzeki - jeszcze o tym nie wiem, ale jutro zapoznam się lepiej z taka nawierzchnią.

Zapada zmierzch.

Z oddalonego o parę kilometrów meczetu dobiega ciche nawoływanie imama.

Pasterz pędzi swoje owce do domu…

Wyciszona i troszkę przemarznięta wracam na nocleg, a tam na stole już czeka gorący tadjin. Umiejscawiam się jak najbliżej kozy, z której bije ciepełko.

:)

-------------------------------------------------------------------------------------------------

Rano śniadanie, pakowanie… Idzie nam coraz sprawniej.

Dzisiaj wszyscy grzecznie jadą w grupie. Przynajmniej na początku, gdy jedziemy asfaltem. Potem zjeżdżamy na cudną szutrówkę.

Wcześniejsza gliniasta czerwień prawie całkowicie ustępuje miejsca skałom w kolorze piaskowym. A zamiast jaskrawozielonej roślinności mamy jakieś żałosne szarawe kępki.

Wtaczamy się z Wieśkiem wyżej i wyżej.  Reszta nas wyprzedziła - spotkamy ich dopiero wieczorem.

Zaczyna mnie tak śmiesznie boleć głowa. Wczoraj też tak było, i przedwczoraj. Kojarzę fakty - wygląda na to, że przy przekraczaniu magicznej poziomicy 2300m n.p.m. mam pierwsze objawy choroby wysokościowej. Ale jajo! :D

Zatrzymujemy się na chwilkę, w celu odpoczynku, wzmocnienia się batonikiem. Ból głowy ustępuje…

Wyjeżdżamy wyżej i wyżej - i oto stajemy na najwyższym punkcie naszej całej wycieczki -  przełęcz Tizi-n-Ouano ok. 2900m npm. Na górze spotykamy grupę Rosjan, z którymi dogadujemy się po angielsku - dziwny jest ten świat ;)

...i zjeżdżamy w dół. Czasem trzeba minąć osiołki, które z jukami zajmują całą szerokość drogi.

Pyrkamy wolniutko serpentynami w dół kanionu. Trochę drobnego żwirku zalega. Trzeba być uważnym, ale jedzie sie przyjemnie i generalnie na luzie.

Im niżej, tym cieplej.

Potem kawałek drogi asfaltowej przez wioski, szybki posiłek regeneracyjny

 

 

i wracamy na offa. Początkowo szutrowa, lekko kręta droga leci przez śliczne pustkowie w kolorze brudnopiaskowym. Tak jak lubię. Ale z czasem drobny żwirek zamienia się w żwir, żwir w kamyki, a kamyki w kamienie luźno leżące na drodze… Zakręty się zacieśniają. A my lądujemy w korycie, wyschniętej obecnie, rzeki.

Nie jest lekko, w dodatku wśród pionowych skał wąwozu upał coraz bardziej dokucza. DRka jest super motocyklem, ale  w kamienistym terenie ujawnia swoją chyba największą wadę - fatalne zawieszenie [po przesiadce z KTMa, to był dla mnie szok ;) ] - tłumienie zero. Ciągłe drgania i podskoki kierownicy męczą okrutnie kończyny górne i obręcz barkową. W dodatku znów zapomniałam dopompować opony, więc nie mogę się rozpędzać na prostych, bo  przy natrafieniu na większy kamol czuję mocne uderzenie o felgę [tak, tak, wiem… to karygodne... dobrze, że DRka jest blondi-odporna i dużo wybacza :) ].

Ale teraz uczę się nowej rzeczy - DRka jest na tyle lekka, że kierując kolanami można wykonywać szybkie skręty i slalomy między co większymi kamieniami - na siedząco, żeby nie było. Ale fajnie!

Docieramy na przełęcz, tam spotykamy grupę turystów z Łotwy i Finlandii. Oni  z kolei wynajęli motocykle [obute w Enduro Sahara - kurde, lubię te opony!] wraz z marokańskim przewodnikiem. Wyruszyli z Marrakeszu i robią kilkudniową objazdówkę. Tez fajna opcja. Chwilkę rozmawiamy i powoli staczamy się w dół drogą biegnącą głównie po zboczu, ale czasem schodzącą do koryta, gdzie jedziemy po tak nielubianych przeze mnie luźnych kamieniach.

W końcu urokliwy wąwóz zostawiamy z lewej, a sami jedziemy po jego prawej krawędzi. Znów jest bajkowo. W momencie, gdy kanion się kończy, a przed nami rozciąga się widok na bezkresną równinę zamieramy w zachwycie.

Niestety nie mam zdjęć, bo wpadam na pomysł, żeby przyjechać tutaj na zachód słońca - wówczas dopiero musi z butów wyrywać.

Ale tak się złożyło, że troszkę popsuła się pogoda, że była kolacja, że były inne rzeczy do zrobienia :(

Ech….

Po dalszych kilkunastu minutach docieramy do miasteczka, gdzie czeka już reszta grupy. Chłopaki z DRzet zmianiają olej, Wojtek zmienia tylne koło w 1190. No i niestety lewa laga mastodonta się zrzygała. Do cna chyba :/

 

 

Ja w ramach serwisu klepię moją DRkę w zakurzony zadek, a potem wskakuję pod prysznic, aby zmyć trudy dzisiejszego dnia, przebieram  się w spódnicę i glebię w cieniu z książką :D

Jemy kolację i wrzucamy wszyscy na luz. Puszczamy muzyczkę. Delektujemy się tylko delikatnymi drinkami - Kajman straszy, że jutro najdłuższy odcinek, że dość ciężki, że rano pobudka.

Powoli schodzi ze mnie całe napięcie ostatnich kilkudziesięciu godzin.

Błogo…

 

Poranek niby standardowy [śniadanie, mycie, pakowanie, wgrywanie tracków], ale tym razem nieco zagęszczamy ruchy - jesteśmy zmobilizowani słowami Kajmana.

 

Ruszamy - początkowo asfalt, aż do wąwozu Todra i miasteczka Tinerhir. Miejsca mocno komercyjne, pełne turystów, autokarów i majfriendów, więc zatrzymujemy się tylko na szybkie zdjęcia.

 

 

Od dwóch dni krajobraz obfituje w koryta  wyschniętych [obecnie] rzek. Próbuję sobie wyobrazić jak w czasie roztopów musi nimi walić woda, której siła tak wykreowała krajobraz. Fajnie by to kiedyś zobaczyć :)

Do Tinerhir wiedzie asfalt, a potem z ulgą, zjeżdżamy na miodny szuterek i łagodnie pniemy sie w górę.

Znów coś nowego w krajobrazie - pojawiają się czarne skały. Klimat trochę księżycowy. Lubię to.

 

 

Kolejne zaliczane przez moją felgę uderzenia bardzo szybko przypominają mi, że znowu [!!! argh!] zapomniałam dopompować koło. Naprawdę nie mam pojęcia jak to możliwe :/ Obiecuję sobie zrobić to w najbliższym miasteczku do którego dotrzemy.

Dojeżdżamy do przełęczy Tizni-n-Tazazert, którą szybko mijamy - na górze czyhają na nas majfrendzi z ofertami  „nie do odrzucenia”.

Widoki znów mało ziemskie :)

 

 

W końcu wyjeżdżamy na kamienisty płaskowyż - zamęczam Wieśka pytaniem, czy to jest już hamada??

No podobno nie… ale i tak mi się podoba :)

Dojeżdżamy do Nkob. Próbuję na stacji benzynowej dopompować opony, ale końcówka “wyszła”.

Jest gorąco. Chwilę odpoczywamy przy berber whisky - tym razem mamy sobie sami ja posłodzić. Ale czy na pewno dwie kosteczki starczą? ;)

 

 

No i jedziemy na poszukiwanie wulkanizatora.

Rzeczywiście - jest jakiś garaż obwieszony oponami. Próbuję sie dogadać na migi, pokazuję oponę, wentyl, robię psss… Nikt nie kuma. No to biorę wiszącą na ścianie końcówkę kompresora - i jak tylko zakładam ją na wentyl, to wiem, że z tej mąki chleba nie będzie… Manometr na wpół pustej oponie pokazuje 3Atm - taaaaa…. :D Coż - pompuję “na oko” oponę, aż przestaje się uginać.

Merci - i lecim dalej.

Po kilku km asfaltu zjeżdżamy w końcu na hamadę!

 


Jestem tak podekscytowana, że przy pierwszej lepszej okazji “witam” się z nią całym ciałem :D i DRka również ;) Zaliczamy paciaka przy nawrotce - okazuje się, że twarda i stabilna jest tylko droga, a wszystko poza nią, pozornie wyglądające podobnie, jest miękkim grubym piachem - przednie koło lekko się zagrzebuje, tracę rozpęd i z gracją glebię do wewnętrznej :D

Po kawałku płaskiego wspinamy się na jakieś zbocze. Kurde - ciężko! Wąska ścieżka po kamieniach. Jestem coraz bardziej zmęczona, spocona, zdyszana, wypompowana…

Odpoczywamy chwilkę za małą przełęczą, a później zjazd z dół.

Zjeżdżam na luzie [psychiczno-fizycznym, nie tym w motocyklu :)] i dojeżdżam do jednego z licznych zakrętów - nagle orientuję się, że to właśnie to miejsce, o którym rano ostrzegał Kajman [jako o największym utrudnieniu na dzisiejszej trasie]. Zbliżam się zbyt prędko, aby się zatrzymać i zastanowić się jak toto przejechać. Nie mam nawet czasu, aby siąść bliżej baku. A przede mną wysokie na jakieś 30cm, nieregularne skalne uskoki. Jeden po drugim. Wszystko byłoby na lajtowo, gdyby nie fakt, że znajdują się akurat na zakręcie w dół  - operowanie gazem musi być subtelne. Jestem świadoma, że o jakimkolwiek podparciu się nogą nie ma mowy - motek pochylony do przodu, prześwit na nierównościach za duży. Więc tylko w głowie sobie powtarzam: nogi na podnóżkach, oddychaj, nogi na podnóżkach, powoli, oddychaj, nie hamuj, nie panikuj, za wolno - lekki gaz, nogi na podnóżkach…

Udało się :P

Jedziemy niżej i niżej - chwilami droga wjeżdża do wyschniętego koryta rzecznego - czegoś, co “kocham” najbardziej. Głębokie, miękkie podłoże z grubego żwiru z otoczaków prawie mnie pokonuje i wysysa masę sił.

Pojawiają się wioski. Dojeżdżamy do pierwszych gajów palmowych. Do Zagory mamy jeszcze z 80 km po płaskiej, kamienistej, rozgrzanej słońcem ciemnej hamadzie.

Mam co chciałam :D

 

 

Opona zachowuje się nieco lepiej, więc mogę jechać szybciej. Szczególnie, że jest płasko jak stół. I twardo. Podoba mi się :) Gdyby tylko nie było tak strasznie gorąco.

Nagle rozgałęzienie, zerkam na nawigację, czy dobrze skręciłam, podnoszę wzrok… i mam jakieś 2 sekundy na zorientowanie się, że droga gdzieś znika. Odruchowo wciskam hamulce na ułamek sekundy - i już lecę w dół.

Jakieś 0,25sek później i 1,5 metra niżej, przednie koło uderza ponownie o skalistą hamadę, zawieszenie się kompresuje, prawie zrywa mi paski z narzędziówki na błotniku - pion jednak utrzymuję i szybko oddalam spod uskoku, aby Wiesiek mi nie wskoczył na plecy. Ale on, widząc, że nagle znikam z pola widzenia, miał więcej czasu na zwolnienie i przejechanie progu z gracją. Ja po prostu z niego zleciałam ;)

Kończą się kamienie, a zaczyna płaska jak stół, twarda powierzchnia. Genialna.

 

 

Pędzimy przed siebie kierując się na widoczne w oddali miasto… Nawet czwórkę wrzucam ;)

Jeszcze chwilka i już kluczymy po wąskich zapiaszczonych dróżkach wśród gajów palmowych Zagory. Dojeżdżamy do hotelu. Jestem przegrzana słońcem i wykończona. Znów mnie wszystko boli - najbardziej, jak co wieczór, doskwierają uciśnięte rzepki. Zwlekam się z moto i z wdzięcznością przyjmuję od chłopaków z DRZetek zimne piwo. Smakuje jak rzadko. Zmywam z siebie kurz i pot. I idziemy na kolację na miasto. Oni tradycyjnie mięcho, ja omleta :) W chłodzie wieczora powoli odzyskuję siły.

Dobranoc!

--------------------------------------------------------------

 

Kolejny poranek. Zaczyna się skwar.

W końcu pamiętam o ciśnieniu w oponach :D Korzystam z kompresora jadącego w Kajmanowozie. Widzę, że mam jeszcze chwilkę czasu, więc zrzucam kierownicę i na szybko sprawdzam czy nie trzeba dokręcić nakrętki, która fiksuje główkę ramy. W DRce ma tendencję do samoistnego luzowania się - a na tych setkach kilometrów wertepów miała okazję.

Ale nie… wszystko ok :)

Zanim wyjedziemy z miasta zahaczamy jeszcze o serwis KTMa, gdzie było prostowane koło z 1190. “Serwis” to urocza i ciasna kanciapa :) Każdy z nas dostaje “naklejkę mocy” - moja ląduje na baku…

Zrobiłam dokładny wywiad z Kajmanem i mniej więcej wiem czego się spodziewać - miasteczka, długie proste, 2-3 razy zahaczamy o wzgórza i tam może być nieco trudniej. Ale najważniejsze - żadnych piachów i żadnego koryta rzeki!!!

 

 

No to ruszamy.

Początkowo kluczymy po wąziutkich “uliczkach” w Zagorze. Wąska dróżka co kilkadziesiąt metrów łamie się pod kątem prostym. Biegnie wśród zabudowań i wysokich murków. Pokryta jest drobnym zwirkiem. Nijak sie rozpędzić, nijak wejść szeroko w zakręt, bo po prostu widoczność jest kiepska.

W końcu dość kręcenia się - wjeżdżamy na hamadę! I pyrkamy. Temperatura rośnie. Czasem zatrzymujemy się na uzupełnienie płynów, ale wówczas żar uderza ze zdwojona siłą.

Co jakiś czas przejeżdżamy przez miasteczka, gdzie droga kręci się ślepymi zakrętami.

Na jednym z tych w prawo, wyjeżdżam sobie lajtowo szerokim łukiem [bo przecież ślisko na sypkim] i lecę sobie lajtowo na czołówkę z jakąś osobówką… Jak zawsze w takich momentach mnie paraliżuje i mam ochotę zamknąć oczy ;) Zmieniam kierunek właściwie siłą woli, jakims cudem mijam go z prawej… Brakło jakichś 20cm do kraksy.

Od tej pory przed każdym ślepym zakrętem zwalniam i jade przyklejona do zewnętrznej.

Upał męczy coraz bardziej. Czuję się niezbyt komfortowo. W końcu przystajemy w jakiejś spokojnej oazie. Dziwnie wygląda zbiorowisko drzew palmowych i zieleni w środku skalistego niczego. Co ważne - pośrodku oazy panuje specyficzny mikroklimat. Powiewa chłodem. Śpiewają ptaszki…posilamy się batonem.........

Po ochłonięciu wsiadamy na motocykle i znów ruszamy do piekarnika.

Po minięciu Agdz wjeżdżamy na offa. Pamiętam z “odprawy”, że ten kawałek drogi był kiedyś zmyty i może być “różnie”.

Momentami właściwie nie ma klasycznej “drogi”, tylko jedziemy po płaskich, ciemnych skałach. Tak plus minus wg tego co pokazuje nawigacja. Potem pojawia się kamienisty szuter, którym zjeżdżamy w dół doliny...

Do rzeki…

Albo raczej tego co z niej zostało po wyschnięciu… do koryta…

Wkurzona zaciskam zęby i jadę po mojej “ukochanej” nawierzchni. Ale nic to… bo w tym pieprzonym korycie są łachy pieprzonego piachu. Jakoś się stamtąd wygrzebuję.

I po przejechaniu wioseczki - mała nagroda - piękny, delikatny szuterek :D

Na koniec dnia czeka na nas kilkadziesiąt kilometrów asfaltu. Myślę o nim z niechęcią, ale gdy pokonuję kolejne winkle na mojej twarzy pojawia się banan.

Jedziemy w górę po idealnej lekko szorstkiej nawierzchni, droga wspina się na przełęcz kapitalnymi, ciasnymi zakrętami. Jest cudownie :) Bawię się jak  w wesołym miasteczku na rollercoasterze :D

No a potem już prawie prosta droga do Quarzazat… nudy…

Dojeżdżamy do hotelu - szybko ogarniamy się i jedziemy do centrum na jakąś przekąskę. Potem włóczę się po suku… Nabywam “skarby Maroka” - olejek arganowy, glinkę ghassoul, daktyle, biżuterię [... Mimo stosunkowo późnej pory miasto tętni życiem.

W drodze powrotnej poznajemy różnicę między petit taxi, a grande taxi - tylko te drugie jadą na drugą stronę rzeki, gdzie jest nasz hotel.

Jest noc, ale temperatura wcale nie spadła. Jest gorąco i duszno. W hotelu ulgę przynosi włączona klima, ale mimo wszystko nie śpię zbyt dobrze tej nocy…

 

_______________________________________________

 

Kurcze - to już ostatni dzień naszej marokańskiej przygody :(

Przed nami dojazd do Marakeszu - jakieś 200km asfaltu, ale można zrobić offowy odcinek specjalny. Dla mnie oczywistym jest, że szkoda byłoby przepuścić ostatnią okazję, na to, aby zjechać z czarnego.

No ale reszta ma inne preferencje :)

Chłopaki z DRzetek i 1 190 wstają bladym świtem i około 7 ruszają w stronę Marrakeszu. Zamierzają być tam ok. południa. Hmmm…

Ja śpię dłużej, a śniadanie jemy z Kajmanem i Wieśkiem w bardziej ludzkiej porze. Potem ruszamy. Jest trochę pochmurno, nie za gorąco.

Niestety tym razem nie zobaczę burzy piaskowej - będzie trzeba tutaj wrócić :(

Po kilkunastu kilometrach Wiesiek postanawia jechać asfaltem. A ja chcę jeszcze jeden, ostatni raz usłyszeć ten charakterystyczny chrzęst opon na szutrze, za którym będę tęsknić...

 

Więc się rozdzielamy. Jeszcze melduję się Kajmanowi, aby w razie "W" wiedział gdzie mnie szukać.

Skręcam w lewo…

Wprawdzie ciągle po asfalcie - na dodatek przejeżdżam przez tereny jakiejś kopalni [?]. Wszystko wokół pokryte jest czarnym śliskim pyłem, a dziwny zapach podrażnia nozdrza.

Ale gęba i tak uchachana od ucha do ucha.

W końcu po kilkunastu klometrach, gdy powoli trace nadzieję, kończy się asfalt, a zaczyna…

Lajtowy offik :)

Znów sobie pyrkamy z moją dzielną DRką po przyjemnym szuterku, biegnącym po stromym zboczu w moim ulubionym kolorze Maroka. Towarzyszy mi linia energetyczna, co świadczy o tym, że do cywilizacji nie jest daleko :)

Trasa, zgodnie z tym co mówił Kajman, nie jest trudna :)

Zatrzymuję się na odludziu, aby zrobić kilka zdjęć.

W końcu droga schodzi do doliny z oazą. Klasycznie - ludzie mieszkają na gołych skałach w prażącym słońcu - cień jest zbyt cenny, aby go marnotrawić, wykorzystuje się go pod uprawy. Trochę odwrotnie niż u nas.

Jeszcze jeden przejazd przez góry i już widzę na garminie, że zbliżam się do asfaltu.

Marokańskie szutry żegnają mnie przepięknym widokiem na kolorowe góry.

W klatce piersiowej czuję gniecenie, oddech się spłyca - będę tęsknić…

A potem…

... żar z nieba, gorąc od asfaltu, wleczące się śmierdzące autobusy, ciężarówki, ciągnące się w nieskończoność zatłoczone serpentyny, dzieciaki najpierw wyciągające ręce, a potem rzucające kamieniami, mężczyźni wchodzący pod koła w celu zaoferowania sztucznych gniazd z kryształami we wściekło jaskrawych odcieniach czerwieni i błękitu…

Wraz ze żółwio mijającymi kilometrami i minutami rośnie mój poziom frustracji… w końcu irytacja zamienia się w agresję…

Rany Julek - niecierpię tego!

Tęsknię za bezkresnymi pustkami. Marzę, aby być w środku niczego…

No ale niestety. Wszystko co dobre, szybko się kończy.

Im bliżej Marakeszu, tym lepiej.

Znów się wpasowywuję w porywający,  nieco wariacki ruch. Dokucza tylko upał…

Gdy dojeżdżam na kemping inne motki są już ładowane na przyczepę.

Szybko się przepakowywuję, Wojtek pomaga zapakować moje moto na przyczepkę [dzięki!] i po raz ostatni idę zmyć z siebie całodzienny pył, który dostaje się wszędzie, plącze włosy, wysusza skórę i powoduje zapychanie otworów nosowych :)

Czuję się jak nowonarodzona :)

 

W sumie to tyle.

Podobało mi się :)

 

We wtorek o świcie motorek parkuje pod moim domem. Zrzucamy DRkę, jeszcze tylko szybka herbata, uścisk dłoni…

 

Mój mózg ciągle przetwarza informacje z Maroka.

Afrykańskie krajobrazy, kamieniste ścieżki, łagodne szutry, strome zbocza górskie śnią mi się przez kilka tygodni, noc w noc.

 

Ja chcę jeszcze i jeszcze!

  • 001_Maroko_kwiecien_14
  • 01_Maroko_kwiecien_14
  • 02_Maroko_kwiecien_14
  • 03_Maroko_kwiecien_14
  • 04_Maroko_kwiecien_14
  • 05_Maroko_kwiecien_14
  • 06_Maroko_kwiecien_14
  • 07_Maroko_kwiecien_14
  • 08_Maroko_kwiecien_14
  • 09_Maroko_kwiecien_14
  • 10_Maroko_kwiecien_14
  • 11_Maroko_kwiecien_14
  • 12_Maroko_kwiecien_14
  • 13_Maroko_kwiecien_14
  • 14_Maroko_kwiecien_14
  • 15_Maroko_kwiecien_14
  • 16_Maroko_kwiecien_14
  • 17_Maroko_kwiecien_14
  • 18_Maroko_kwiecien_14
  • 19_Maroko_kwiecien_14
  • 20_Maroko_kwiecien_14
  • 21_Maroko_kwiecien_14
  • 22_Maroko_kwiecien_14
  • 23_Maroko_kwiecien_14
  • 24_Maroko_kwiecien_14
  • 25_Maroko_kwiecien_14
  • 26_Maroko_kwiecien_14
  • 27_Maroko_kwiecien_14
  • 28_Maroko_kwiecien_14
  • 29_Maroko_kwiecien_14
  • 30_Maroko_kwiecien_14
  • 31_Maroko_kwiecien_14
  • 32_Maroko_kwiecien_14
  • 33_Maroko_kwiecien_14
  • 34_Maroko_kwiecien_14
  • 35_Maroko_kwiecien_14
  • 36_Maroko_kwiecien_14
  • 37_Maroko_kwiecien_14
  • 38_Maroko_kwiecien_14
  • 39_Maroko_kwiecien_14
  • 40_Maroko_kwiecien_14
  • 41_Maroko_kwiecien_14
  • 42_Maroko_kwiecien_14

Simple Image Gallery Extended

  

 


Tajlandia - listopad 2013

  • 001_Tajlandi_2013
  • 002_Tajlandia_2013
  • 003_Tajlandia_2013
  • 004_Tajlandia_2013
  • 005_Tajlandia_2013
  • 006_Tajlandia_2013
  • 007_Tajlandia_2013
  • 008_Tajlandia_2013
  • 009_Tajlandia_2013
  • 010_Tajlandia_2013
  • 011_Tajlandia_2013
  • 012_Tajlandia_2013
  • 013_Tajlandia_2013
  • 014_Tajlandia_2013
  • 015_Tajlandia_2013
  • 016_Tajlandia_2013
  • 017_Tajlandia_2013
  • 018_Tajlandia_2013
  • 019_Tajlandia_2013
  • 020_Tajlandia_2013
  • 021_Tajlandia_2013
  • 022_Tajlandia_2013
  • 023_Tajlandia_2013
  • 024_Tajlandia_2013
  • 025_Tajlandia_2013
  • 026_Tajlandia_2013
  • 027_Tajlandia_2013
  • 028_Tajlandia_2013
  • 029_Tajlandia_2013
  • 030_Tajlandia_2013
  • 031_Tajlandia_2013
  • 032_Tajlandia_2013
  • 033_Tajlandia_2013
  • 034_Tajlandia_2013
  • 035_Tajlandia_2013
  • 036_Tajlandia_2013
  • 037_Tajlandia_2013
  • 038_Tajlandia_2013
  • 039_Tajlandia_2013
  • 040_Tajlandia_2013
  • 041_Tajlandia_2013
  • 042_Tajlandia_2013
  • 043_Tajlandia_2013
  • 044_Tajlandia_2013
  • 045_Tajlandia_2013
  • 046_Tajlandia_2013
  • 047_Tajlandia_2013
  • 048_Tajlandia_2013
  • 049_Tajlandia_2013
  • 050_Tajlandia_2013
  • 051_Tajlandia_2013
  • 052_Tajlandia_2013
  • 053_Tajlandia_2013
  • 054_Tajlandia_2013
  • 055_Tajlandia_2013
  • 056_Tajlandia_2013
  • 057_Tajlandia_2013
  • 058_Tajlandia_2013
  • 059_Tajlandia_2013
  • 060_Tajlandia_2013
  • 061_Tajlandia_2013
  • 062_Tajlandia_2013
  • 063_Tajlandia_2013
  • 064_Tajlandia_2013
  • 065_Tajlandia_2013
  • 066_Tajlandia_2013
  • 067_Tajlandia_2013
  • 068_Tajlandia_2013
  • 069_Tajlandia_2013
  • 070_Tajlandia_2013
  • 071_Tajlandia_2013
  • 072_Tajlandia_2013
  • 073_Tajlandia_2013
  • 074_Tajlandia_2013
  • 075_Tajlandia_2013
  • 076_Tajlandia_2013
  • 077_Tajlandia_2013
  • 078_Tajlandia_2013
  • 079_Tajlandia_2013
  • 080_Tajlandia_2013
  • 081_Tajlandia_2013
  • 082_Tajlandia_2013
  • 083_Tajlandia_2013
  • 084_Tajlandia_2013
  • 085_Tajlandia_2013
  • 086_Tajlandia_2013
  • 087_Tajlandia_2013
  • 088_Tajlandia_2013
  • 089_Tajlandia_2013
  • 090_Tajlandia_2013
  • 091_Tajlandia_2013
  • 092_Tajlandia_2013
  • 093_Tajlandia_2013
  • 094_Tajlandia_2013
  • 095_Tajlandia_2013
  • 096_Tajlandia_2013
  • 097_Tajlandia_2013
  • 098_Tajlandia_2013
  • 099_Tajlandia_2013
  • 100_Tajlandia_2013
  • 101_Tajlandia_2013
  • 102_Tajlandia_2013
  • 103_Tajlandia_2013
  • 104_Tajlandia_2013
  • 105_Tajlandia_2013
  • 106_Tajlandia_2013
  • 107_Tajlandia_2013
  • 108_Tajlandia_2013
  • 109_Tajlandia_2013
  • 110_Tajlandia_2013
  • 111_Tajlandia_2013
  • 112_Tajlandia_2013
  • 113_Tajlandia_2013
  • 114_Tajlandia_2013
  • 115_Tajlandia_2013
  • 116_Tajlandia_2013
  • 117_Tajlandia_2013
  • 118_Tajlandia_2013
  • 119_Tajlandia_2013
  • 120_Tajlandia_2013
  • 121_Tajlandia_2013
  • 122_Tajlandia_2013
  • 123_Tajlandia_2013
  • 124_Tajlandia_2013
  • 125_Tajlandia_2013
  • 126_Tajlandia_2013

Simple Image Gallery Extended

 


Mongolia 2013

 

Poniżej tekstu umieszczono pełną galerię ze zdjęciami

Zdjęcia autorstwa uczestników wyjazdu jak i organizatora 

Załadowaliśmy dwa samochody i ruszyliśmy przez Rosję - ufff jedyne 6 800 km do Irkucka.

 

Droga zajęła nam 10 dni - ale nie robiliśmy jakiegoś oszałamiającego tempa - wyjechaliśmy kilka dni wcześniej aby mieć zapas na wszelki wypadek

Tam doleciała reszta ekipa motocyklowa samolotem - część udała się w swoją drogę (interesował ich tylko transport) a część jechała z nami, gdzie samochód stanowił suport, wiózł część bagaży i stanowił pewnego rodzaju zabezpieczenie.

Przygotowałem też trasy, tracki – oczywiście jak zawsze na tego typu wyjazdach w trakcie trwania eskapady trzeba trochę improwizować jeżeli chodzi o zmiany tras czy przeorganizowanie całego harmonogramu wyjazdu 

Zostawiliśmy przyczepę i ruszyliśmy do granicy z Mongolią. 

 

Granica mongolska - tutaj trochę musieliśmy poczekać na jednego z kolegę bo na ostatnim popasie - noclegu - koło Ułan Ude zostawił paszport - oczywiście kapnął się dopiero na granicy, że takowego dokumentu nie posiada. Po stronie rosyjskiej na granicy najpierw urzędnicy znajdują sobie problem a potem kombinują jak go rozwiązać abyśmy mogli przejechać na drugą stronę - trochę czasu to nam zajęło co spowodowało, że wyjechaliśmy z postu rosyjskiego już o 8:00 p.m. - (granica czynna do 8:00). Po mongolskiej stronie pogranicznicy tak szybko chcieli się nas pozbyć i robili odprawę w takim pośpiechu, że z rozpędu mój poczciwy patrolek został zapisany jako motocykl do systemu komputerowego (miało to skutki przy wyjeździe - ok 1 godziny czekania na wyprostowanie całego błędu).

Co do samej trasy po Mongolii - nie wiedziałem że kiedyś mogę zatęsknić za asfaltem. Po trzech tygodniach, naprawdę zacząłem marzyć aby choć kawałek był normalnej drogi.

Najgorsze to są te "główne" na mapie zaznaczone na czerwono. Są to przeważnie szutrówki z tarką - czasami ma się wrażenie, że samochód się rozleci. Motocyklem jest trochę łatwiej, on inaczej wybiera tego typu nierówności.

Za granicą zaraz zjechaliśmy z tego kawałka asfaltu i pierwszy off - co niektórzy zaliczyli pierwsze loty przez kierownicę - teren miejscami dosyć piaszczysty.

Na wieczór dojeżdżamy do klasztoru Amarbayasgalant

 

Trasy to raj dla motocyklistów i wszystkich tych którzy lubią jeździć off – nie po asfalcie.

Północ kraju jest zielona, dużo jezior nad którymi często robiliśmy nocleg a wieczorem - ognisko, piwko,...kiełbaski,...dziewczynki .....eee tzn trochę nie tak - nie było kiełbasek

 

 

Jest też sporo przepraw wodny przez rzeki. Oczywiście istniej coś takiego jak MOST w Mongolii - ooo tak jest…….. Często ten most hmmmm -był....

Zdarzają się również przeprawy bardziej tradycyjne - czyli promowe 

Miejscowi jeżeli chodzi o 2 kółka to poruszają się głównie myślą techniczna made in china często inspirowaną myślą amerykańską - jeżeli chodzi o wygląd.

 

Teraz może trochę o warunkach noclegowych

Jest w porównaniu do tego co się spodziewaliśmy -€“ taniej -€“ owszem co niektórzy z lokalesów windują ceny ale nie jest to jakoś bardzo powszechne

Często nocowaliśmy w Gerach u nas znanych – jurta. Oczywiście wnętrze takiego gera jest diametralnie inny niż dla lokalesów - w środku łóżka, piecyk...... - full wypas


Trochę gorzej jeżeli chodzi o toalety.

Mongolia to kraj górzysty, górzysty, pustynny, no i …………….górzysty, i pustynny.

Mieliśmy jedną przeprawę przez rzekę która wymagała trochę organizacji

Przy pomocy lokalesów - którzy przy tej okazji nie omieszkali trochę zarobić przeszkoda wodna w postaci rzeki została pokonana

 

Było trochę głęboko i istniała obawa że co niektóre motorki mogą zassać wodę i będzie większy problem. Widzieliśmy skutki czegoś takiego na przykładzie miejscowych - co prawda samochodów ale ........
Więc motorki powędrowały na przyczepę, gdzie w towarzystwie miejscowych dzieci "uzbrojonych" w kaski uczestników zostały przetransportowane na drugi brzeg. Ja podążyłem niczym amfibia o własnych kołach.

 

Czasami zdarzało się że musieliśmy zamienić środki lokomocji na bardziej tradycyjne – tzn takie 4 nożne

 

Na południu udaje nam się dojechać na "przedmieścia" pustyni GOBI. Co niektórzy nawet wybierają się chyłkiem rankiem i jadą poszaleć po piaskach

 

 

Potem kierujemy się ....niby główną drogą na północ w stronę Ułan Bator. Hmmm... główna droga .... okazuje się że robienie 250 km dziennie jest doooosyć męczące. Męczące i dla kierowcy jak i dla sprzętu

Dalej to standard, granica z Rosją, dojazd do Irkucka.

Motocykliści - w samolot i po kilku godzinach mogą być już w domu. Dla nas - czekanie na resztę ekipy i potem droga powrotna do Polski.
Miedzy czasie okazuje się że dwa motorki padły z ekipy która nie jechała z nami. W obydwóch to samo - sprzęgło - marka - KTM

Jeden samochód wyjeżdżaj wcześniej aby odebrać te dwa motorki - bo nie są one na trasie powrotnej lecz znajdują się o ok 1000 km w bok od Nowosybirska. Umawiamy się na granicy ros-ukr. Ja zostaję aby zabrać resztę ekipy. Co gorsze okazuje się że jedno z upoważnień kolega napisał do 20 sierpnia. A ja z Irkucka mogę wyjechać 15 sierpnia - i jadę sam. Czyli w Polsce muszę być przed 21 -szym.
„Kruca bomba”, mało casu (cytat z Vabank). 

Ale melduję się na granicy ros-ukr w nocy z 19-20 sierpnia.

No i tak 20-tego o 19:00 meldujemy się w Polsce - czyli przed końcem upoważnienia. Oczywiście nikt nie żądał pokazania tego upoważnienia, ale jak znam życie gdyby ono było już nie ważne na pewno byłoby niezmiernie ważnym dokumentem bez którego według celnika nie możemy jechać dalej.

  • 01_Mongolia_13
  • 02_Mongolia_13
  • 03_Mongolia_13
  • 04_Mongolia_13_Klasztor_Amarbayasgalant
  • 05_Mongolia_13_Klasztor_Amarbayasgalant
  • 06_Mongolia_13_Klasztor_Amarbayasgalant
  • 07_Mongolia_13_Klasztor_Amarbayasgalant
  • 08_Mongolia_13_Klasztor_Amarbayasgalant
  • 09_Mongolia_13_Klasztor_Amarbayasgalant
  • 10_Mongolia_13_Klasztor_Amarbayasgalant
  • 11_Mongolia_13_Klasztor_Amarbayasgalant
  • 12_Mongolia_13
  • 13_Mongolia_13
  • 14_Mongolia_13
  • 15_Mongolia_13
  • 16_Mongolia_13
  • 17_Mongolia_13
  • 18_Mongolia_13_gor_ce_r_d_a_Tsenkher
  • 19_Mongolia_13
  • 20_Mongolia_13
  • 21_Mongolia_13
  • 22_Mongolia_13
  • 23_Mongolia_13
  • 24_Mongolia_13
  • 25_Mongolia_13
  • 26_Mongolia_13
  • 27_Mongolia_13
  • 28_Mongolia_13_miejscowa_toaleta_wersja_LUX
  • 29_Mongolia_13
  • 30_Mongolia_13
  • 31_Mongolia_13
  • 32_Mongolia_13
  • 33_Mongolia_13
  • 34_Mongolia_13
  • 35_Mongolia_13
  • 36_Mongolia_13
  • 37_Mongolia_13
  • 38_Mongolia_13
  • 39_Mongolia_13
  • 40_Mongolia_13
  • 41_Mongolia_13
  • 42_Mongolia_13
  • 43_Mongolia_13
  • 44_Mongolia_13
  • 45_Mongolia_13
  • 46_Mongolia_13
  • 47_Mongolia_13
  • 48_Mongolia_13
  • 49_Mongolia_13
  • 50_Mongolia_13
  • 51_Mongolia_13
  • 52_Mongolia_13
  • 53_Mongolia_13
  • 54_Mongolia_13
  • 55_Mongolia_13
  • 56_Mongolia_13_okolice_pustyni_GOBI
  • 57_Mongolia_13_okolice_pustyni_GOBI
  • 58_Mongolia_13_okolice_pustyni_GOBI
  • 59_Mongolia_13_okolice_pustyni_GOBI
  • 60_Mongolia_13
  • 61_Mongolia_13_okolice_pustyni_GOBI
  • 62_Mongolia_13_Karakorum
  • 63_Mongolia_13
  • 64_Mongolia_13
  • 65_Mongolia_13
  • 66_Mongolia_13
  • 67_Mongolia_13
  • 68_Mongolia_13
  • 69_Mongolia_13
  • 70_Mongolia_13
  • 71_Mongolia_13
  • 72_Mongolia_13
  • 73_Mongolia_13
  • 74_Mongolia_13
  • 75_Mongolia_13
  • 76_Mongolia_13
  • 77_Mongolia_13
  • 78_Mongolia_13
  • 79_Mongolia_13_okolice_pustyni_GOBI
  • 80_Mongolia_13_okolice_pustyni_GOBI
  • 81_Mongolia_13_okolice_pustyni_GOBI
  • 82_Mongolia_13_okolice_pustyni_GOBI
  • 83_Mongolia_13_okolice_pustyni_GOBI
  • 84_Mongolia_13_U_an_Bator

Simple Image Gallery Extended

 

 


Ukraina - czerwiec 2013

  • 01_Ukraina_13
  • 02_Ukraina_13
  • 03_Ukraina_13
  • 04_Ukraina_13
  • 05_Ukraina_13
  • 06_Ukraina_13
  • 07_Ukraina_13
  • 08_Ukraina_13
  • 09_Ukraina_13
  • 10_Ukraina_13
  • 11_Ukraina_13
  • 12_Ukraina_13
  • 13_Ukraina_13
  • 14_Ukraina_13
  • 15_Ukraina_13
  • 16_Ukraina_13
  • 17_Ukraina_13
  • 18_Ukraina_13
  • 19_Ukraina_13
  • 20_Ukraina_13
  • 21_Ukraina_13
  • 22_Ukraina_13
  • 23_Ukraina_13
  • 24_Ukraina_13

Simple Image Gallery Extended

  

 


Maroko - samochodowo i kobieco 2012

  • 00
  • 01
  • 02
  • 03
  • 04
  • 05
  • 06
  • 07
  • 08
  • 09
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • 19
  • 20
  • 21
  • 22
  • 23
  • 24
  • 25
  • 26
  • 27
  • 28
  • 29
  • 30
  • 31
  • 32
  • 33
  • 34
  • 35
  • 36
  • 37
  • 38
  • 39
  • 40
  • 41
  • 42
  • 43
  • 44
  • 45
  • 46
  • 47
  • 48
  • 49
  • 50
  • 51
  • 52
  • 53
  • 54
  • 55
  • 56
  • 57
  • 58
  • 59
  • 60
  • 62
  • 63
  • 64
  • 65
  • 66
  • 67
  • 68
  • 69
  • 70
  • 72
  • 73
  • 74
  • 75
  • 76
  • 77
  • 78
  • 79
  • 81
  • 82
  • 83
  • 84
  • 85
  • 86
  • 87
  • 88
  • 89
  • 90
  • 91
  • 92
  • 93

Simple Image Gallery Extended


Ukraina - kobiety 2012

  • 01
  • 02
  • 03
  • 04
  • 05
  • 06
  • 07
  • 08
  • 09
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15
  • 16
  • 17
  • 18
  • 19
  • 20
  • 21
  • 22
  • 23
  • 24
  • 25
  • 26
  • 27
  • 28
  • 29
  • 30
  • 31
  • 32
  • 33
  • 34
  • 35
  • 36
  • 37
  • 38
  • 39
  • 40
  • 41
  • 42
  • 43
  • 44
  • 45
  • 46
  • 47
  • 48
  • 49
  • 50
  • 51
  • 52
  • 53
  • 54
  • 55
  • 56
  • 57
  • 58
  • 59
  • 60
  • 61

Simple Image Gallery Extended

 


Maroko 2012

  • 01_Maroko_AntyAtlas
  • 02_Maroko_Marakesz
  • 03_Maroko
  • 04_Maroko
  • 05_Maroko
  • 06_Maroko
  • 07_Maroko
  • 08_Maroko
  • 09_Maroko
  • 10_Maroko
  • 11_Maroko
  • 12_Maroko
  • 13_Maroko
  • 14_Maroko
  • 15_Maroko
  • 16_Maroko
  • 17_Maroko
  • 18_Maroko
  • 19_Maroko
  • 20_Maroko
  • 21_Maroko
  • 22_Maroko
  • 23_Maroko
  • 24_Maroko
  • 25_Maroko
  • 26_Maroko
  • 27_Maroko
  • 28_Maroko
  • 29_Maroko
  • 30_Maroko
  • 31_Maroko
  • 32_Maroko

Simple Image Gallery Extended

 


Burkina Faso, Mali 2012

  • 01Trasa jaka pokonalismy
  • 02_West_Sahara
  • 03_West_Sahara
  • 04_West_Sahara
  • 05_West_Sahara
  • 06_West_Sahara
  • 07_Mauretania
  • 08_Mauretania
  • 09_Mauretania
  • 10_Mauretania
  • 11_Mauretania
  • 12_Mauretania
  • 13_Mauretania
  • 14_Mauretania
  • 15_Mali
  • 16_Mali
  • 17_Mali
  • 18_Mali
  • 19_Mali
  • 20_Mali
  • 21_Mali
  • 22_Mali
  • 23_Mali
  • 24_Mali
  • 25_Mali_Kita
  • 26_Mali_Kita
  • 27_Mali
  • 28_Mali
  • 29_Mali_Segou_Djenne
  • 30_Mali_Segou_Djenne
  • 31_Mali_Djenne
  • 32_Mali_Djenne
  • 33_Mali_Djenne
  • 34_Mali_Djenne
  • 35_Mali_Djenne
  • 36_Mali_Djenne_przeprawa_przez_Niger
  • 37_Mali
  • 38_Mali_Dogon_Country
  • 39_Mali_Dogon_Country
  • 40_Mali_Dogon_Country
  • 41_Mali_Dogon_Country
  • 42_Mali_Dogon_Country
  • 43_Mali_Dogon_Country
  • 44_Mali_Dogon_Country
  • 45_Mali_Dogon_Country
  • 46_Mali_Dogon_Country
  • 47_Mali_Dogon_Country
  • 48_Mali_Dogon_Country
  • 49_Mali_Dogon_Country
  • 50_Mali_Dogon_Country
  • 51_Mali_Dogon_Country
  • 52_Mali_przy_gr_z_Burkina_Faso
  • 53_Mali_przy_gr_z_Burkina_Faso
  • 54_Mali_przy_gr_z_Burkina_Faso
  • 55_Mali_przy_gr_z_Burkina_Faso
  • 56_Burkina_Faso
  • 57_Burkina_Faso
  • 58_Burkina_Faso
  • 59_Burkina_Faso_uwaga_na_slonie
  • 60_Burkina_Faso_Nazinga
  • 61_Burkina_Faso_Nazinga
  • 62_Burkina_Faso_Nazinga
  • 63_Burkina_Faso_Nazinga
  • 64_Burkina_Faso_Nazinga
  • 65_Burkina_Faso_Nazinga
  • 66_Burkina_Faso_Nazinga
  • 67_Burkina_Faso_Nazinga
  • 68_Burkina_Faso_Nazinga
  • 69_Burkina_Faso_Nazinga
  • 70_Burkina_Faso_Nazinga
  • 71_Burkina_Faso_Nazinga
  • 72_Burkina_Faso
  • 73_Burkina_Faso
  • 74_Burkina_Faso
  • 75_Burkina_Faso
  • 76_Burkina_Faso
  • 77_Burkina_Faso
  • 78_Burkina_Faso
  • 79_Burkina_Faso
  • 80_Burkina_Faso
  • 81_Burkina_Faso
  • 82_Burkina_Faso_Cascades_de_Karfiguela
  • 83_Burkina_Faso_Cascades_de_Karfiguela
  • 84_Burkina_Faso_okolice_Banfora
  • 85_Burkina_Faso_okolice_Banfora
  • 86_Burkina_Faso
  • 87_Burkina_Faso
  • 88_Burkina_Faso
  • 89_Burkina_Faso
  • 90_Burkina_Faso
  • 91_Mali_czas_wymienic_olej
  • 92_Mali
  • 93_Mauretania
  • 94_Mauretania
  • 95_Mauretania
  • 96_Mauretania
  • 97_Mauretania
  • 98_Mauretania
  • 99_Mauretania

Simple Image Gallery Extended

 


Maroko 2011

  • 01_Maroko
  • 02_Maroko
  • 03_Maroko_Tinghir
  • 04_Maroko
  • 05_Maroko
  • 06_Maroko
  • 07_Maroko
  • 08_Maroko
  • 09_Maroko
  • 10_Maroko
  • 11_Maroko
  • 12_Maroko
  • 13_Maroko
  • 14_Maroko
  • 15_Maroko
  • 16_Maroko
  • 17_Maroko_Merzuga
  • 18_Maroko_Merzuga
  • 19_Maroko_AntyAtlas
  • 20_Maroko_AntyAtlas
  • 21_Maroko_AntyAtlas
  • 22_Maroko_AntyAtlas
  • 23_Maroko_AntyAtlas
  • 24_Maroko_AntyAtlas
  • 25_Maroko_AntyAtlas
  • 26_Maroko_AntyAtlas
  • 27_Maroko_AntyAtlas
  • 28_Maroko_AntyAtlas
  • 29_Maroko_AntyAtlas
  • 30_Maroko_AntyAtlas
  • 31_Maroko_AntyAtlas
  • 32_Maroko_AntyAtlas
  • 33_Maroko_AntyAtlas
  • 34_Maroko_AntyAtlas
  • 35_Maroko_AntyAtlas
  • 36_Maroko_AntyAtlas
  • 37_Maroko_AntyAtlas
  • 38_Maroko_AntyAtlas
  • 39_Maroko_AntyAtlas
  • 40_Maroko
  • 41_Maroko
  • 42_Maroko
  • 43_Maroko
  • 44_Maroko_AntyAtlas
  • 45_Maroko_AntyAtlas
  • 46_Maroko
  • 47_Maroko
  • 48_Maroko
  • 49_Maroko
  • 50_Maroko
  • 51_Maroko
  • 52_Maroko
  • 53_Maroko
  • 54_Maroko
  • 55_Maroko
  • 56_Maroko
  • 57_Maroko
  • 58_Maroko
  • 59_Maroko
  • 60_Maroko
  • 61_Maroko
  • 62_Maroko
  • 63_Maroko
  • 64_Maroko
  • 65_Maroko

Simple Image Gallery Extended

 


Marocco and West Sahara 2011

  • 01 Trasa
  • 02 Maroko
  • 03 Maroko - okolice Iriki
  • 04 Maroko - AntyAtlas
  • 05 Maroko
  • 06 Maroko
  • 07 Maroko - okolice Tafraoute
  • 08 Maroko - okolice Tafraoute
  • 09 Maroko - okolice Tafraoute
  • 10 Maroko - okolice Tafraoute
  • 11 Maroko - AntyAtlas
  • 12 Maroko - AntyAtlas
  • 13 Maroko - AntyAtlas
  • 14 Maroko - AntyAtlas
  • 15 Maroko - AntyAtlas
  • 16 Maroko - AntyAtlas
  • 17 Maroko - AntyAtlas
  • 18 Maroko - AntyAtlas
  • 19 Maroko - Tata
  • 20 Maroko - Atlas
  • 21 Maroko - Atlas
  • 22 Maroko - Atlas
  • 23 Maroko - Atlas
  • 24 Maroko - Atlas
  • 25 Maroko - Atlas
  • 26 Maroko - Atlas
  • 27 Maroko - Assa
  • 28 Maroko
  • 29 Maroko - Merzuga
  • 30 Maroko - Merzuga
  • 31 Maroko - Merzuga
  • 32 Maroko - Merzuga
  • 33 Maroko - Ramlia
  • 34 Maroko - Ramlia
  • 35 Maroko
  • 36 Maroko - Tata
  • 37 Maroko - West Sahara
  • 38 Maroko - West Sahara
  • 39 Maroko - West Sahara
  • 40 Maroko - West Sahara
  • 41 Maroko - West Sahara
  • 42 Maroko
  • 43 Maroko - West Sahara
  • 44 Maroko - Merzuga
  • 45 Maroko -okolice Sidi Ifni
  • 46 Maroko -okolice Sidi Ifni
  • 47 Maroko -okolice Sidi Ifni
  • 48 Maroko -okolice Sidi Ifni
  • 49 Maroko -West Sahara

Simple Image Gallery Extended

 


Kirgistan, Afganistan 2010

  • 001 Kazachstan - gdzies w stepie
  • 002 Kirgistan
  • 003 Kirgistan
  • 004 Kirgistan - w drodze na przel. Barskoon
  • 005 Kirgistan - w drodze na przel. Barskoon
  • 006 Kirgistan - w drodze na przel. Barskoon
  • 007 Kirgistan - przel. Barskoon - kopalnia zlota
  • 008 Kirgistan
  • 009 Kirgistan
  • 010 Kirgistan
  • 011 Kirgistan
  • 012 Kirgistan
  • 013 Kirgistan
  • 014 Kirgistan - jez Song-Kol
  • 015 Kirgistan - jez Song-Kol
  • 016 Kirgistan - jez Song-Kol
  • 017 Kirgistan - jez Song-Kol
  • 018 Kirgistan - jez Song-Kol
  • 019 Kirgistan - jez Song-Kol
  • 020 Kirgistan
  • 021 Kirgistan
  • 022 Kirgistan
  • 023 Kirgistan
  • 024 Kirgistan
  • 025 Kirgistan - przel. Teo-Ashuu 3586m
  • 026 Kirgistan - Teo-Ashuu 3586m
  • 027 Kirgistan - pogranicze z Afganistanem
  • 028 Kirgistan - pogranicze z Afganistanem
  • 029 gr Kirgistan - Afganistan
  • 030 Afganistan - Iskashim
  • 031 Afganistan - Iskashim
  • 032 Afganistan - Iskashim
  • 033 Afganistan - Iskashim
  • 034 Afganistan - Iskashim
  • 035 Afganistan - Iskashim
  • 036 Afganistan - Iskashim
  • 037 Afganistan
  • 038 Afganistan
  • 039 Afganistan
  • 040 Afganistan
  • 041 Afganistan
  • 042 Afganistan
  • 043 Afganistan
  • 044 Afganistan
  • 045 Afganistan
  • 046 Afganistan
  • 047 Afganistan
  • 048 Afganistan
  • 049 Afganistan
  • 050 Afganistan
  • 051 Afganistan
  • 052 Afganistan
  • 053 Afganistan
  • 054 Afganistan
  • 055 Afganistan-check point
  • 056 Afganistan-check point
  • 057 Afganistan-check point
  • 058 Afganistan
  • 059 Afganistan-check point
  • 060 Afganistan
  • 061 Afganistan
  • 062 Afganistan
  • 063 Afganistan
  • 064 Afganistan-check point
  • 065 Afganistan-check point - przepustka
  • 066 Afganistan
  • 067 Afganistan
  • 068 Afganistan
  • 069 Afganistan
  • 070 Afganistan - Sarhad
  • 071 Afganistan - Sarhad
  • 072 Afganistan - Sarhad
  • 073 Afganistan
  • 074 Afganistan
  • 075 Afganistan
  • 076 Afganistan
  • 077 Afganistan
  • 078 Afganistan
  • 079 Afganistan
  • 080 Afganistan
  • 081 Afganistan - Sarhad
  • 082 Afganistan - Sarhad
  • 083 Afganistan - Sarhad
  • 084 Afganistan
  • 085 Afganistan
  • 086 Afganistan
  • 087 Afganistan
  • 088 Afganistan
  • 089 Afganistan
  • 090  Afganistan
  • 090 Afganistan
  • 091 Afganistan
  • 092 Afganistan
  • 093 Afganistan
  • 094 Afganistan
  • 095 Afganistan
  • 096 Afganistan
  • 097 Afganistan
  • 098 Afganistan
  • 099 Afganistan
  • 100 Afganistan
  • 101 Afganistan
  • 102 Afganistan